Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 30 grudnia 2014
A: Była sobie… opowieść. Narodziła się w 1933 roku w zimnej Norwegii jako pierworodna Trygve Gulbranssen’a. Od lat wędruje w różne strony świata – przetłumaczona na ponad trzydzieści języków książka A lasy wiecznie śpiewają ma już swoje miejsce na półce z klasyką.
M: Boję się, bo pachnie fantastyką.
A: Na początku XIX wieku, w górskiej osadzie Bjorndal na północy Norwegii panuje majętny ród. Po tym jak w walce z niedźwiedziem ginie ojciec, przedstawicielami rodziny zostają Dag i Tore. Niestety wkrótce jeden z braci również traci życie. Ten wypadek zmienia losy całej rodziny.
M: Lubię Norwegię, ale ani trochę sagi rodzinnej.
A: To opowieść – ucieczka. Zawiodą się ci, którzy oczekują wielkich zwrotów akcji
i szybkiego tempa narracji, bo czas płynie tu powoli. Spokojnie przemierzamy chłodną, tajemniczą krainę, podziwiając niezwykle plastycznie opisaną przyrodę, która staje się nie tylko symbolem, ale też kolejnym bohaterem. Wyznacza rytm życia, wymaga szacunku do siebie, nagradza
i karze. Często pokazuje swoją siłę i bezwzględność, a jednocześnie jest ukojeniem
i doprowadza do zmian ludzkich osobowości. Piękne, lekko poetyckie opisy ciemnych lasów, malowniczych gór, skał, lodu, ciszy, spotkań z dzikimi zwierzętami to niewątpliwie ogromny atut książki. Zwłaszcza w zderzeniu z ciepłem i bezpieczeństwem dworskich wnętrz, gdzie kominek ogrzewa izby, a na ścianach wiszą bronie i trofea myśliwskie.
M: Surowość jest czymś niezwykle pociągającym. Od razu kojarzy mi się z niedostępnością. Przyroda staje się bohaterem – choć to niezwykle ciekawe, zniechęciłaś mnie tym do reszty. Wybacz.
A: Autor sagi pokazuje bohaterów głównie przez pryzmat ich przeżyć i rozważań.
W rodzie na Bjorndal od wieków ceniło się siłę, dumę i honor. Z czasem jednak charyzmatyczni mężczyźni uczą się też pokory i miłosierdzia. Zewnętrznie są jak otaczający ich krajobraz – surowi
i małomówni, ale poznając ich bardziej odkrywamy, że mają też w sobie wiele wrażliwości. To dobrzy mężowie i ojcowie, sprawdzają się jako gospodarze i głowy rodziny. Kobiety z kolei to mądre, zaradne, silne i pracowite panie domu, które potrafią wywrzeć wpływ na mężczyzn ucząc ich ciepła i okazywania uczuć. Widzimy też ich wady i słabe strony, więc nie sposób dostrzec
w postaciach choćby krztę nienaturalności czy sztucznej jednoznaczności.
M: Plus za przedstawianie bohaterów przez pryzmat przeżyć i rozważań. Czy nie bardziej fascynujące byłyby kobiety strzelające z łuku niż typowy podział ról w małżeństwie? Dla mnie na pewno.
A: Strona po stronie delektowałam się lekturą. Styl jest dość oszczędny, autor nie szasta dialogami, ale potrafi prowadzić narrację bardzo eleganckim językiem, momentami zaprawionym ironicznym humorem. Powieść skłania do refleksji i dodaje otuchy przekazując proste prawdy
i wartości, które warto sobie przypominać jak np. "Dobrzy ludzie mają moc. Mogą żyć jeszcze po śmierci w niejednym wspomnieniu, nawet w tonach zwykłego szpinetu".
M: Dodałabym, że prości ludzie też mają moc. Brak dialogowości do niedawna by mnie przerażał. Teraz to przyjmuję.
A: Takich książek się nie zapomina. Zostawiają coś po sobie i drążą. Lasy będą mi śpiewać tę opowieść jeszcze długo. "A na północ od otwartej równiny las pozostał nietknięty. Majestatyczny
i ciemny, śpiewał swą starą baśń, niosąc ją przez górskie wzniesienia ku nieskończonym przestrzeniom północy."
poniedziałek, 10 listopada 2014
M: „ (…) bo w teczce niosę książki, po których się spodziewam, że wieczorem dowiem się z nich o samym sobie czegoś, czego jeszcze nie wiem”. Przez trzydzieści pięć lat pracy, przerabiając książki na miazgę, Hanta ocala przed zniszczeniem dwie tony dzieł, gromadząc je w swoim mieszkaniu. Śpi na stołku pod oknem. Pije dzbany piwa. Zazwyczaj nie myje nic prócz rąk. Nie jest opuszczony, ale jest sam.
A: O, „Zbyt głośna samotność” – słyszałam o niej sporo i mam w swoich najbliższych czytelniczych planach.
M: „ (…) każdy z nas czytywał te książki w naiwnej nadziei, że pewnego razu przeczytamy coś, co zmieni nas jakościowo”. „Zbyt głośna samotność” Bohumila Hrabala jest trochę meta-książką, czyli książką o książkach, ale nie tylko. To opowieść starego człowieka o jego życiu, coś na miarę „Traktatu o łuskaniu fasoli”, Wiesława Myśliwskiego. Pierwszoosobowa narracja, retrospekcja i ani krzty dialogu. Różnica jest jednak zasadnicza. Bohater „Zbyt głośnej samotności” nie ma się komu zwierzyć.
A: Lubię książki o książkach, mają jakiś taki ciepły, staro-biblioteczny, drewniany, często tajemniczy klimat. Myśliwskiego też lubię. To może mi się spodobać.
M: „ (…) lecz jest chyba coś więcej niż te niebiosa, współczucie i miłość, o której już zapomniałem i której już nie pamiętam”. Jaki jeszcze jest Hanta? Nie lubi pieniędzy. Wie, że każda krzywda, odbija się echem. Stale prosi o wybaczenie, choć sam nie wie dlaczego. Jest wykształcony wbrew własnej woli a za sprawą książek, które zamiast niszczyć, podkrada i czyta. Miał kiedyś Maniusię, kilka Cyganek i mamę, której prochami wuj posypał kalarepę w ogrodzie.
A: Pachnie ciekawie, choć melancholijnie. Tak listopadowo…
M: „ (…) nie przyszedł mi z pomocą ani jeden tekst z książek, którym bezgranicznie ufałem”. Filozoficzna to opowieść. Nie długa, nie krótka, taka w sam raz. Ma dobry rytm a i jej język jest przyjemny. Smutna? Smutna, ale bez przesady. Można się chwilami uśmiechnąć. Nie wzruszyła mnie ani nie porwała, ale warto było poświęcić wieczór, aby ją przeczytać.
piątek, 7 listopada 2014
A: Stasiuk – ucieszyło mnie to nazwisko w spisie lektur. Jakiś czas temu przeniosłam się z nim do „Grochowa” i to było bardzo udane spotkanie. Miałam więc nadzieję, że w „Jadąc do Babadag” znajdę podobny urok… tymczasem, było zgoła inaczej.
M: U mnie tak samo. Tyle, że ja zwątpiłam po piętnastu stronach, co właściwie mi się nie zdarza. Ale tutaj miałam pewność, że nie wydarzy się nic, co mnie zainteresuje, bo chyba można powiedzieć, że ta książka nie ma fabuły.
A: Pierwsze, co rzuca się w oczy od pierwszych stron to jakiś rozgardiasz, jedno wielkie zamieszanie. Autor opowiada o swoich podróżach po Europie w totalnie niespójny sposób. Jakby wyrywał z pamięci skrawki wspomnień i spisując rozrzucał je gdzie popadnie. Przez to nie był w stanie przykuć mojej uwagi na więcej niż kilka linijek i momentalnie się rozpraszałam. Zgubić się tu można we wszystkim – począwszy od filozoficznych wykluczających się stwierdzeń, aż po miejsca. Właściwie nie wiadomo gdzie i kiedy Stasiuk jest i o którym państwie opowiada. To pewnie celowy zabieg, ale do mnie zupełnie nie trafia.
M: Chaos. Przez te kilkanaście pierwszych stron zdążyłam już być w Żyrardowie, Pucku, Poznaniu i na Słowacji. Chyba. Bo jak wspomniałaś, ciężko stwierdzić, gdzie się jest. Filozoficzny język, trudny język. A liczyłam na taki, jak w „Grochowie”. Na chłopski rozum.
A: Gdzieś z tej plątaniny słów wyłowiłam cytat, który pojawiał się na kilku stronach w Internetach: „Piję kawę i wyobrażam sobie brzask gdzie indziej”. No właśnie, chciałabym czytając o tych innych kulturach, ciekawych ludziach i pięknych miejscach wyobrażać sobie brzask właśnie tam, z nimi. A tu wyobraźnia jest zupełnie nieruszona.
M: Piękne zdanie. Stasiuk tęskni za miejscem, ale równie dobrze, w kontekście tego stwierdzenia, można tęsknić za kimś.
A: Tylko, że to nie jest słaba książka. Nie zaprzyjaźniłam się z nią, bo być może jak Beksiński „jestem typem emocjonalnym. Interesują mnie wzruszenia”, a „Jadąc do Babadag” to lektura bardziej intelektualna niż emocjonalna. Wydaje się nudna, mało żywa i bezpłciowa, a przy tym przesycona trudnymi nazwami, zawiłymi sformułowaniami i metaforami. Nie zmienia to jednak faktu, że Stasiuk jest na pewno świetnym obserwatorem. No cóż, będę więc chyba dalej próbować z jego książkami. Może jeszcze któraś okaże się ujmująca.
M: Stasiuk uwielbia wspominać. Dogadalibyście się.
czwartek, 23 października 2014
M: Tworki. Dzielnica Prószkowa. Prószków należy do aglomeracji warszawskiej. W skład aglomeracji warszawskiej wchodzi Warszawa oraz liczne miasta i wsie województwa mazowieckiego. 1943 i 1944 rok. Przenosimy się tam z Markiem Bieńczykiem, stworkiem z Milanówka. Mama mówi mi, co jest w Tworkach. Szpital psychiatryczny. Trafia w dziesiątkę. Otwierają się przede mną drzwi szpitala psychiatrycznego. Wchodzę.
A: Od pierwszych zdań język jest hipnotyzujący – łączy wrażliwość Stachury i absurd Gombrowicza. Zaciekawiona, choć nie bez zdziwienia też daję się wprowadzić w ten świat. Siadam koło narratora i wsłuchuję w jego opowieść. Razem z nim staram się odnaleźć, to co utracone.
M: Jurek ogórek kiełbasa i sznurek trafia w gazecie na ogłoszenie, w którym szpital poszukuje młodego mężczyzny do pracy w administracji, oferując „darmowy wikt i kwaterunek na miejscu”. Jurek jedzie tam i dostaję robotę. „Ponuro dosyć wokół, pod wiatą żebrak gra na skrzypcach smętną sonatę, wartownik strzeże bramy na groźnym spocznij, dobrze, że przynajmniej do kolejki blisko, do domu nie tak daleko, a topole wzdłuż muru rosną takie same jak pod oknem na Ulrychowie, choć nieco karniej ustawione”. Po tym szarym miejscu włóczą się piżamy w sandałkach i prążkowanych, dziurawych skarpetkach. Ale „wariaci” i wojna nie przeszkadzają Jurkowi i jego kumplom dobrze się bawić, kochać i przyjaźnić. Bo w szarym miejscu nie musi być szaro.
A: Historia wydaje się dosyć pogmatwana, chociaż wcale taka nie jest. Łatwo zgubić w niej wątek, wymaga skupienia, żeby ciągle wiedzieć co się dzieje. Przy tym jednak czaruje. Chociaż nie, słowo „czaruje” średnio tu pasuje – ta opowieść raczej uwodzi, a nawet zwodzi.
M: A jednak melancholia przewija się przez każdą stronę. Nad książką ciążą jakieś chmury. Czyta się ciężko, język jest niełatwy, tematyka trudna, ale i magiczny pył unosi się w powietrzu. Miłość gra pierwsze skrzypce. No i Jurek wpada w friendzone, mówiąc po współczesnemu.
A: Co do języka to nie wiedziałam już w pewnym momencie, czy mnie bawi, irytuje czy rozczula. Tylko że nie zmienia to faktu, że to jedna z książek, po których skończeniu zastygłam i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Zostawia wrażenie, które ciężko nazwać.
M: Jest Jurek i jest Sonia. Jest Sonia i jest Olek. Jest Jurek i jest Janka. Jest Antyplaton. Są wiersze, huśtawka, Wigilia, upominki, Mama Jurkowa. Jest Jurek i Danka. A potem ubywa. Jest Jurek, ale bez Sonii. Jest Olek, ale bez Sonii. W końcu nie ma też Olka. I nie ma Danki. Winni? SS.
A: Czy więc głównym tematem książki jest zagłada? Nie nazwałabym tak tego. Według mnie tu chodzi bardziej o stratę. O coś indywidualnego, osobistego, a zagłada brzmi zbyt masowo. Wojna, powstanie – to niezwykle ważne tematy, ale tu są pokazane inaczej. Pod pretekstem właśnie tej pojedynczej krzywdy wybrzmiewają jeszcze mocniej.
M: "O tych, co nigdy nie odnajdą straty", to inna jeszcze książka Bieńczyka. Listy, zostawiane przez tych, którzy odchodzą, są bardzo sugestywne. Nie byłabym sobą, gdybym nie zacytowała mojego ulubionego fragmentu z książki, pochodzącego z jednego z listów właśnie, mianowicie: „Teraz już wiem, że ta jedna noc musi nam starczyć na całe życie”. To tyle.
sobota, 18 października 2014
A: „Zdradził mnie mąż. Jest głupi. Nigdy więcej facetów. Nie cierpię nowej dziewczyny eksia. Jest głupia. Albo jednak fajna. O, super poznałam nowego faceta. Jaki fajny! Jednak głupi. Nigdy więcej facetów. Ale poznałam następnego. Jest fajny – super.” To w skrócie fabuła książki „Nigdy w życiu”.
M: Prawda, choć kąśliwie. Jak było z Lykke Li? Pamiętasz jeszcze? Pisałam wtedy: „W "Just Like A Dream" [Lykke Li] wypowiada słowa: "Całkowicie nie tęsknię za miłością", by kilka wersów później prosić: "Skarbie, błagam, wróć do mnie."”. Albo bardziej swojsko – Jeden Osiem L i piosenka „Jak zapomnieć”, a właściwie wers „Wiem to i proszę Boga
nigdy więcej niech nie pozwoli na to, by ktoś trafił w moje serce”. Zdarzyło Ci się śpiewać? Bo mi często, by potem otwierać serce dla następnego. Rzeczywiście, Judyta zachowuje się, kolokwialnie mówiąc, słabo. Ale jest usprawiedliwiona, bo gorycz, czara goryczy, przelewa się.
A: Nie mam nic do tego, że tak mówi i od nowa się otwiera – to można zrozumieć. Chodzi mi raczej o nudę i przewidywalność. Rzadko czepiam się fabuły, bo jak dla mnie może być nawet banalna. Jest jeden warunek – miej książko do przekazania coś więcej, baw, wzruszaj, wciągaj, strasz, ucz, cokolwiek! Tutaj, zdaje się, że jednak chodzi tylko o tę fabułę. I nawet ona jest słaba. Bohaterowie? Irytujący, infantylni, nudni. Język? Jeszcze bardziej. Ciągłe powtórzenia tych samych fraz, krótkie zdania, które z początku brzmią ciekawie, ale z każdą kolejną stroną zaczynają drażnić coraz mocniej. Było parę takich, nad którymi się zatrzymałam, ale jakoś utonęły w tej ogólnej miałkości.
M: Fabuła fatalna. Jest nudno i niewiele się dzieje. Bohaterowie – Judyta jest irytującą babką, za to Niebieski jest w porządku. Podkreślam – Niebieski, bo Adam już nie. On kojarzy mi się jedynie z całowaniem, ściskaniem, przytulaniem i przyciskaniem, a to trochę mało. Przyjaciółki też jakieś niemrawe. Ale jak ktoś lubi koty, to może poczytać…
A: Pewnie jest to, że pierwszy tom serii „Żaby i anioły” czyta się bardzo lekko i szybko. Na plus jest też humor – parę razy nawet się roześmiałam. Może z tego właśnie bierze się popularność takich książek. Może też chodzi o to, że dodają ona kobietom jakiejś nadziei, że jednak może być dobrze. Nie wiem – do mnie Katarzyna Grochola raczej nie trafiła. Ani to wzrusza, ani inspiruje. Mam nadzieję, że kolejne spotkania z polską literaturą kobiecą będą bardziej udane.
M: Nie powiedziałabym, że tak lekko, choć rzeczywiście szybko. Ani raz się nie roześmiałam, niestety. Szkoda, że Grochola stwarza kobietę niedającą sobie niczego wytłumaczyć i taką, która, z przerażającą dla mnie szybkością, zakochuje się i odkochuje (zauroczenie może by mnie nie dziwiło). Nie wiem, kogo ta książka podnosi na duchu, ale kobietę, która zna swoją wartość, żadne, ale to żadne niepowodzenie miłosne, nie powinno zamknąć na nową, i jak śpiewa Irena Santor, zawsze pierwszą miłość.
wtorek, 14 października 2014
M: „Można i w zimie stworzyć sobie maj”, pisze na stronach „zatrutego papieru” Helena Mniszek. Stefci i Waldemarowi, głównym bohaterom „Trędowatej”, udaje się. Jest cudnie, kwitnąco, porywająco wręcz. Aż do katastrofy albo może zwycięstwa?
A: Kwitnąco – otóż to. Chyba żadna książka nie kojarzy mi się tak z kwiatami, jak „Trędowata” właśnie… One tam malują nie tylko przestrzeń, ale też i uczucia i charaktery…
M: Podobno „Trędowatą” zna każdy, a przynajmniej film. Wyjątkiem, potwierdzającym zresztą regułę, jestem ja, a właściwie byłam ja, aż do sobotniego popołudnia. Mama powiedziała: dobrze się czyta, romansidło. Internet dorzucił: melodramat. Gdzieś zasłyszałam: kicz, kicz, kicz. Dziś, po przeczytaniu, staję w jej obronie. Nie jest źle, naprawdę, nie jest źle.
A: Film u mnie w domu jest jednym z Naczelnych Wyciskaczy Łez zaraz przy Przeminęło z wiatrem – (czyt. mama z siostrą do tej pory nie mogą się mi nadziwić, że jeszcze go z nimi nie oglądałam). Że dobrze się czyta i romansidło to prawda, ale czy kicz? Dla mnie nie. A na pewno nie w całości. No bo dobra – język jest mocno jakby hmm barokowy, ubarwiony najróżniejszymi potrzebnymi i niepotrzebnymi „kwiatkami”, czasem patetyczny, czasem zabawny. Historia z kolei – naprawdę prosta. Tylko, że to nie zmienia faktu, że źle nie jest.
M: O co chodzi. W Stefci, guwernantce z niższej sfery, zakochuje się ordynat Władysław z arystokracji. Udaje mu się przekonać babcię i dziadka, mimo początkowego oporu, aby pobłogosławili przyszłe małżeństwo. Dzień ślubu zostaje wyznaczony, ale ceremonia nigdy się nie odbywa. Nawet jeśli fabuła jest przewidywalna, bohaterowie nieziemsko piękni i o nieziemskich zdolnościach, gdzie wszystko jest wyidealizowane, niemożliwe i zbyt proste, nie można odmówić „Trędowatej” uroku.
A: Uroku tej książce nie brakuje. Sporo w niej słodkiej naiwności, ale i mądrych zdań. No i choć tyle lat minęło od jej wydania i choć nasze realia tak bardzo się różnią od tych opisanych w „Trędowatej” to wciąż wzrusza.
M: Może to Władysław „w kieszeniach ma magiczny pył i na mnie on działa”? Być może. Ale jest coś innego, o czym wspomniałaś, mianowicie mądre, prawdziwe i zwykle gorzkawe zdania. „I nagle uczuł tęsknotę. Pierwszy raz pomyślał, że w tym przepychu, w tej wspaniałej rezydencji jest sam, zupełnie sam” albo „Sama pragnęła dla niego szczęścia i gdyby już teraz tylko od niej zależało, bez wahania oddałaby mu Stefcię”. Mowa tu o Ricie, postaci fe-no-me-nal-nej i chyba najbardziej tragicznej. Czytasz i myślisz sobie – obym nigdy nie doświadczył podobnego cierpienia. A chwilę później – daj Boże przyjąć wszystko jak ona.
A: Oj, Rita – bez dwóch zdań moja ulubiona postać. Tragiczna, ale jednocześnie pokazuje tę ważną prawdę o miłości, że w tym wszystkim chodzi właśnie o Kogoś, nie o mnie. W ogóle zresztą chyba fenomen tej książki tkwi w tym, że w jakimkolwiek miejscu swojego życia byś się nie znajdowała, w którymś z fragmentów zobaczysz siebie. Z zamierzeniem piszę „znajdowała”, bo myślę, że to trafi bardziej do kobiet.
M: Stefcia-Chrystus? Ofiara wyższości jednej sfery nad drugą? Dla mnie „Trędowata” to głównie książka o mężczyźnie, który zaznawszy lubieżnego życia, odkrywa, że jest coś więcej. Język bywa śmieszny, zachowania bohaterów też, ale czy nie śpiewają „miłość ci wszystko wybaczy…”?
czwartek, 9 października 2014
A: Antyutopie przerażają mnie bardziej niż horrory. Serio. Po lekturze „1984” na dobre kilka minut zastygłam w bezruchu i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Kiedyś do niej na pewno wrócę, a tymczasem zabrałam się za „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya.
M: Byłam raz na takim antyutopijnym spektaklu, ale niewiele z niego zrozumiałam. Wstyd się przyznać, ale „1984” nie czytałam, choć oczywiście, mniej lub więcej, wiem, o co tam chodzi.
A: To zupełnie inna wizja przyszłości niż u Orwella, choć w paru punktach są zgodni. Przede wszystkim u obydwu dominuje brak wolności. U Huxleya nie objawia się jednak pełną kontrolą Wielkiego Brata, ale byciem uwarunkowanym na odpowiednie reakcje. Świat wydaje się idealnie zorganizowany, całkowicie stabilny – ludzie nie starzeją się, nie chorują, nie czują bólu i pragnienia. To jest jednak najbardziej przerażające – oni działają jak automaty. Wszystko mają ustawione biologicznie. To, co stare jest zakazane, to co nam wydaje się normalnością – pogardzane i wyśmiewane.
M: A czy się kochają? Czy zachodzą między nimi jakiekolwiek relacje? I co oznacza stwierdzenie – to, co stare, jest zakazane albo może – co stare, jest uznawane za zakazane?
A: Relacje są, ale bardzo powierzchowne. Miłość i wierność na wyłączność są nieodpowiednie, a w dobrym guście jest ciągle zmieniać partnerów. To co stare czyli dla nich np. wychowywanie dziecka przez rodziców, zamiast produkowania go. Na początku ciężko było mi wbić się w język pełen biologicznych, chemicznych, technicznych nazw i szczegółów. Niemniej to one właśnie dowodzą jak kompletne wyobrażenie świata miał Huxley. Powoli poznajemy bohaterów, obserwujemy ich pochłonięcie przez system, ale też i wątpliwości.
M: Mają jakieś wątpliwości, czyli nie jest tragicznie. Przestraszyłam się języka, o którym mówisz i powoli do mnie zaczyna docierać, że to science-fiction, tak lubiane przeze mnie, jak szpinak przez dzieci.
A: Hm, nie nazwałabym tego tradycyjnym science-fiction, za którym sama zresztą nie przepadam. Nie będę jednak więcej pisać, żeby nie zdradzić zbyt wiele szczegółów, ale uwierzcie, że warto zmierzyć się z tą książką. Choćby po to, by skonfrontować, czy na pewno naszej rzeczywistości wiele jeszcze brakuje do tego, by stać się „nowym, wspaniałym światem”.
M: Oby naszej rzeczywistości, w kontekście tej książki, brakowało jak najwięcej do „wspaniałego” świata.
piątek, 26 września 2014
A: „Kołysanka dla wisielca” – depresyjny tytuł. Czyżby więc czytanie tej książki miało być swoistym masochizmem? I tak i nie. Bo to książka z rodzaju bolesnych lekarstw. Zapis słodko-gorzkich wspomnień.
M: Tytuł-oksymoron. Kołysanka kojarzy nam się dobrze, w przeciwieństwie do wisielca. Czytałam i nie jest to masochizm.
A: Narrator, Polak mieszkający na Islandii, opowiada o tym, co go tam spotkało. Przyjaźń, która jest oparciem i zrozumieniem. Miłość, która nadaje wszystkiemu sens. Marzenia, które mogą się spełnić. Szaleństwo, które bywa normalnością. Najbardziej skupia się jednak na swojej relacji z chorym na depresję Szymonem. Tą krótką, wzruszającą opowieścią żegna się z przyjacielem.
M: Nie do końca. Narrator zbyt dużo mówi o sobie, a zbyt mało o Szymonie. Na kolejnych stronach jest o nim coraz mniej i mniej. Poza tym w życiu narratora pojawia się kobieta i ona zaczyna dominować na kartkach książki. Nawet jeśli nie bezpośrednio, to uwaga skupia się na niej coraz bardziej.
A: „Kołysanka dla wisielca” nie jest jednak wcale tak melancholijna jak mogłoby się wydawać. Powiedziałabym wręcz, że dość pogodna i że ma w sobie zdecydowanie mniej smutku niż chociażby Murakami, o którym ostatnio pisałyśmy. Autor ukrywa go między wierszami. Tęsknota pobrzmiewa spod wesołych, często śmiesznych wspomnień. Lubię tę dyskrecję.
M: Rzeczywiście nie jest to smutna książka, a i melancholii ze świecą szukać. To pamiętnik, napisany prostymi słowami. Bez wielkich słów i uniesień.
A: Sceneria też ma znaczenie. Jest dynamiczna i pełna kontrastów jak bohaterowie. Autor ma prawdziwy talent do prostego, ale lirycznego przedstawiania szczegółów. Fragment, gdzie opisuje pola łubinu stające się wyjątkową filharmonią, zachwycił mnie totalnie.
M: Opisy przyrody to coś, co omijam szerokim łukiem. Tutaj chyba było podobnie, bo o polach łubinu pierwsze słyszę.
A: Uwodzi prostotą. Podobnie jak Grochów Stasiuka, mówi o ciężkich sprawach – chorobie, śmierci, problemach z mieszkaniami, ale w ujmujący sposób. Przykład to takie fragmenty jak ten: „Szymon odszedł. Nie ma go teraz w mieście. Nie można go spotkać na ulicy. Tego brakuje mi najbardziej…” Szkoda tylko, że jest taka krótka. Ale z drugiej strony… zyskała na tym na pewno też całkiem sporo. Pochłonęłam ją i przeżyłam na raz. Słówko pochwały należy się też Wydawnictwu Czarnemu. Okładka jest cudna.
M: „Grochów” Stasiuka jest bardziej przejmujący, choć styl pisania panowie mają bardzo podobny. A co z Boro? Boro to dopiero jest gość. Pewnie mamrocze teraz „fuck you” na myśl, że o nim nie wspomniałaś. Rzucam okiem na tę okładkę i… ona jest cudna? Chyba podobają nam się inne rzeczy.
A: Jeszcze jedno. To prawdziwa historia. Nawet gdybym tego nie wiedziała, byłabym pewna, że tak jest. Po prostu. Trafia do ulubionych. Więcej: żałuję, że pożyczyłam ją z biblioteki, bo wrócę do niej na pewno.
M: Ja pożyczyłam ją od Ciebie. Ale do książki nie wrócę. To nie jest to, co mnie urzeka.
środa, 24 września 2014
M: Drogi Panie Jean-Pierre Davidts (proszę wybaczyć za nieodmienienie Pańskiej godności, ale chyba nie potrafię). Porwał się Pan z motyką na słońce, nie ukrywajmy. Może i spotkał Pan Małego Księcia, ale niestarannie zanotował jego słowa i potraktował zbyt po dorosłemu. I co to za pomysł, aby oddać baranka de Saint Exupery’iemu? Naprawdę Pan myśli, że Mały Książę mógłby opuścić coś, co oswoił? Nigdy w życiu.
A: A ja Panu powiem, że Monia to specjalistka od Małego Księcia, więc jeśli podjął się Pan tej tematyki, to na pewno będzie miała Panu coś ciekawego do powiedzenia.
M: Mowa o książce „Mały Książę odnaleziony”. Jej autor, Jean-Pierre Davidts, bezpośrednio zwraca się do de Saint Exupery’ego i oznajmia mu, że podobnie jak on, spotkał Małego Księcia. „Włosy miał koloru zboża w lipcu” i „obok niego baranek żuł spokojnie liść palmowy”. Mały Książę zostawił swoją planetę i wyruszył na poszukiwanie łowcy tygrysów, który przepędziłby tygrysa z jego planety. Bo tygrys zagrażał barankowi. Zanim Mały Książę trafił ponownie na Ziemię, odwiedził kilka innych planet, na których miał rozmaite perypetie.
A: Hm, brzmi ciekawie, ale na takich kontynuacjach łatwo się zawieść. Zwłaszcza jeśli dotyczą dzieł pokroju „Małego Księcia” właśnie…
M: Drogi Panie. Kilka pięknych słów udało się Panu zanotować. „Można dokonać mnóstwa rzeczy, nie wychodząc z domu”, to przykład już z pierwszej strony Pańskiej opowieści. „To, że się milczy, nie znaczy, że się nie cierpi”, również bardzo mi się podoba. Ale proszę Pana. Mały Książę nie krzyczy z przerażenia. Mały Książę nie podnosi głosu i nie wybucha śmiechem. Mały Książę jest subtelny, wątły i kruchy, przy jednoczesnej sile wewnętrznej. Musiał Pan coś źle zanotować albo niedokładnie Pan zaobserwował.
A: Czekam na Twoją kontynuację Małego Księcia, Monia. Jedną książkę już wydałaś, to teraz będzie z górki!
M: Jeśli tylko go spotkam... Czy warto przeczytać tę książkę? Niespecjalnie. Nie przynosi wzruszeń, humoru też raczej nie poprawi. Jest trochę nijaka, trochę sztuczna i osadzona w małoksiążęcym temacie tylko trochę. Ale proszę, jeśli ktoś z Was spotka Małego Księcia, niech da mi znać. Strasznie za nim tęsknię.
środa, 17 września 2014
A: Po trzech miesiącach od otwarcia bloga i po siedmiu recenzjach książek, pierwszy raz pojawia się tekst o czymś, co wyszło spod kobiecego pióra. Przyznam, że do poezji Poświatowskiej mam duży sentyment. Zaczytywałam się w niej jako nastolatka i myślę, że właśnie wśród nastolatek jest ona szczególnie popularna. O „Opowieści do przyjaciela” dowiedziałam się jednak dopiero niedawno. Cieszę się, że sięgnęłam po nią dopiero teraz, bo na pewno po tych paru latach patrzę z dystansem na takie pisanie.
M: Nigdy nie byłam miłośniczką poezji Poświatowskiej. Poezja ma wzruszać, a wiersze Poświatowskiej nie wzruszają, przynajmniej nie mnie. Jeśli się komuś zdaje, że nie zna poezji Poświatowskiej, to ja mu mówię, że zna, bo piosenka „Kiedy umrę kochanie”, bardzo zresztą kiepska, w wykonaniu Janusza Radka, jest jej wierszem. O prozie tej pani pojęcia nie mam.
A: Niemniej… Poświatowska urzekła mnie kolejny raz. Na początku napisała: „Daj rękę, pójdziemy wstecz po naszych wspólnych śladach, pozwól, że poprowadzę cię raz jeszcze”. „Opowieść dla przyjaciela” jest tak delikatna i subtelna, że nie sposób nie dać się poprowadzić i nie popłynąć razem z nią.
M: Wszystko pięknie, ładnie, ale tylko nie wstecz. „Trzeba z żywymi naprzód iść…”, że tak zaasnykuję. Wspominać nie lubię, dwa razy nie wchodzę do tej samej rzeki, nie oglądam zdjęć i powroty dla mnie nie istnieją. Nie mówię, że to dobre. To tylko moje widzimisię. Pewnie powiesz – o dobre wspomnienia chodzi. Nieważne jakie. To było i koniec. Nie ma. Do widzenia.
A: A ja myślę, że jednak czasem warto sięgnąć do przeszłości i przyjrzeć się jej, choćby po to, żeby wyciągnąć wnioski na teraźniejszość i na przyszłość. Wiersze Poświatowskiej kojarzą mi się z pięknym opisywaniem miłości i w prozie też można to odnaleźć. Nie sądzę przy tym, żeby było to przesłodzone. Wydarzenia i przeżycia są przecież na wskroś prawdziwe. W dodatku sporo tu o chorobie, śmierci, bólu, tęsknocie i utracie tego, co się kocha. Autorka zmarła młodo, ale ponoć „życia nie mierzy się ilością wdechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach”. Choć w jej przypadku ten cytat brzmi trochę niestosownie, bo to właśnie problemy z sercem i z oddychaniem nie pozwoliły jej nacieszyć się długim życiem, to jego wymowa pasuje. Halina czerpała pełną garścią z każdego dnia.
M: Jej wiersze nie kojarzą mi się z pięknym opisywaniem miłości. Dla mnie to trochę sztuczne, lukrowane twory. Jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, życie raczej powinno się mierzyć uśmiechami tych, którym pomogliśmy.
A: „Chcę żebyś na tych kartkach, które białe jeszcze piętrzą się przede mną, odnalazł drganie mojego żywego serca”. Dzięki Halinko za tę opowieść. Nie mnie jednej pozwoliłaś pewnie odnaleźć to drganie.
wtorek, 9 września 2014
A: No i kolejna książka Myśliwskiego za mną. Tym razem „Kamień na kamieniu”. Tematyka podobna, jak w „Traktacie o łuskaniu fasoli” i „Widnokręgu” – mężczyzna opowiada po prostu swoje życie. Tak jak w tamtych książkach jest ono bardzo mocno związane z wsią. Narrator – Szymon Pietruszka tam się wychował, tam mieszka i tam chce być pochowany. Powieść zaczyna się zresztą od słów „Wybudować grób. To się tylko tak mówi. A kto nie budował, ten nie wie, co taki grób kosztuje. Prawie tyle co dom. Choć grób, mówią, też dom, tylko że na tamto życie. Bo wieczność nie wieczność, a swój kąt powinien człowiek mieć.”
M: Niestety nie czytałam żadnej książki Myśliwskiego, nad czym zresztą ubolewam. Bardzo podoba mi się nazwisko bohatera. Grób kosztuje prawie tyle co dom. Mocno zastanawiające.
A: Może to zabrzmi dziwnie i niezrozumiale, ale dla mnie to książka jakby o szukaniu domu. Tak jak w swojej piosence Wolna Grupy Bukowina śpiewa „Szukam, szukania mi trzeba domu gitarą i piórem”, tak narrator „Kamienia na kamieniu” szuka domu słowami. Pisząc „dom” mam na myśli to, co mu najbliższe, miejsca i sprawy, które są najważniejszymi motywami jego życia. Błądzi po różnych wydarzeniach z przeszłości, żeby przez ich pryzmat sięgać nie tylko do „teraz”, ale i do wieczności. Mam wrażenie, że „miejscami”, gdzie ten dom odnajduje są tytuły rozdziałów – cmentarz, droga, bracia, ziemia, matka, płacz, alleluja, chleb i brama.
M: Wieczni wędrowcy, a jeśli oni, to od razu kojarzy mi się wiersz Cypriana Kamila Norwida – „Pielgrzym”, a dokładniej „Wy myślicie, że i ja nie Pan, dlatego że dom mój ruchomy, z wielbłądziej skóry…”
A: Najciekawsze, że te proste słowa, które wyżej wymieniłam stają się w powieści symbolami. Mnóstwo by zajęło rozwinięcie każdego z nich, ale niektóre urzekły mnie szczególnie. Zwłaszcza chleb. Myśliwski pięknie opisał jego wartość – świętość wręcz.
M: A mnie najbardziej podoba się chyba płacz. Płacz i matka. Znam osoby, które chleb traktują rzeczywiście z niebywałym szacunkiem. To jest piękne.
A: Tak bardziej przyziemnie to też po prostu książka o wsi. Poznajemy codzienność chłopów tuż po wojnie. Widzimy ich tradycje, sposób pojmowania świata, znaczenie prostych – by się wydawało – rzeczy. Trochę jak w „Chłopach” Reymonta, tylko oczywiście zupełnie innym językiem.
M: Kocham wsie, pewnie dlatego, że mieszkam w jednej z nich. Bardzo lubię sposób pojmowania świata przez chłopów, chociaż oczywiście nie można generalizować. Po przeczytaniu „Chłopów” długo żałowałam, że nie urodziłam się Justyną Orzelską.
A: Po trzech książkach Myśliwskiego czekam teraz na spotkanie z następną. Poluję na „Ostatnie rozdanie” i mam nadzieję, że już niedługo Wam o niej opowiem.
piątek, 5 września 2014
M: „Przez długi czas zajmowała szczególne miejsce w moim sercu. Zachowałem je tylko dla niej, tak jakbym postawił tabliczkę z napisem „rezerwacja” na stoliku w cichym kącie restauracji. Pomimo faktu, że byłem pewien, iż nigdy więcej jej nie zobaczę”. Po dwudziestu kliku latach Shimamoto siada przy stoliku jednego z jazzowych barów Hajime. Rezerwacja okazuje się być wciąż aktualna.
A: Rany. Czytałam tę książkę, a zupełnie nic z niej nie pamiętam. Może byłam na nią wtedy za młoda…
M: Jeśli „Norwegian Wood” jest pokręcone, to „Na południe od granicy, na zachód od słońca” jest poplątane znacznie bardziej. Czyta się szybko. Momentami nudzi. Niektórzy bohaterowie zdają się być zbędni. Zakończenie pozostawia niesmak. A może głód. Jak to u Murakamiego, dużo erotyki, melancholii i smutku. Bohaterowie zagłuszają wewnętrzny niepokój codziennymi przyjemnościami. I jak zwykle nie wychodzi im to na dobre.
A: No Murakami jest specyficzny. Ta jego specyfika nieszczególnie mi odpowiada, a jednak ma w sobie coś takiego, że za każdym razem, gdy widzę w księgarni jego książki myślę, że może bym jeszcze coś od niego kiedyś spróbowała.
M: Mimo licznych mankamentów, Murakami w swojej książce przypomina o istotnych sprawach. Iskra-tęsknota, iskra-niepokój, iskra-strach, które pozornie stłamsił popiół, w każdej chwili mogą przerodzić się w ogień, czy to namiętności, czy wszystkiego innego. Odejście jest zapowiedzią, a nawet jeśli nie zapowiedzią to możliwością powrotu. A powroty się zdarzają i to całkiem często. I wreszcie – czy tylko do jednej osoby można czuć nienazwane to coś? To coś, co nie jest miłością, bo „kocha się raz, potem drugi i trzeci i znów”. To coś, co po kilkudziesięciu latach stabilnego życia, w sekundę decyduje o rzuceniu tego życia w kąt. Każda odpowiedź zdaje się tu być tragiczna.
A: Ładnie to napisałaś. Gorzkie wnioski i trudne pytania, ale czasem warto się nad takimi zatrzymać. I może to właśnie one wabią u Murakamiego.
M: Dam Murakamiemu trzecią szansę i sięgnę jeszcze po którąś z jego książek. Nie spodziewam się niczego nowego, jest dość przewidywalny. Liczę tylko, że znów uzmysłowi mi, jak kruche jest wszystko, na czym buduję.
wtorek, 2 września 2014
A: Nie miałam najmniejszego zamiaru pisać o „Traktacie o łuskaniu fasoli”. Uznałam, że nie potrafię – naprawdę trudno mi ubrać w słowa doświadczenie tej lektury. Nie była łatwa, nie pochłonęłam jej szybko, nie wciągnęła na tyle, żebym nie mogła się od niej oderwać. Nie podejmę się interpretacji. Nie zanalizuję. A jednak uznałam, że warto tu o niej chociaż krótko wspomnieć, bo to dziwny przypadek w moim czytelniczym życiu, kiedy książkę uznałam za jedną z ulubionych dopiero po dłuższym czasie od jej przeczytania. Jakby została we mnie jej jakaś część i pracowała, przypominając się od czasu do czasu.
M: To tak jak ja nie potrafiłabym napisać o "Małym Księciu". A należałoby, bo czytając go jako dzieci, niewiele zapamiętujemy i wynosimy z tej książki. Ciekawy ten Twój czytelniczy przypadek. Takiego jeszcze nie doświadczyłam w swoim – krótkim bo krótkim – życiu.
A: Co mnie zatem ujęło? Przede wszystkim styl. Ma w sobie coś niewytłumaczalnie urzekającego. Dowodem na to, może zresztą być samo to, jak popularne w internetach są cytaty pana Myśliwskiego. Właściwie to na początku z tego go kojarzyłam. Po tym, gdy kolejny raz spodobał mi się jakiś fragment i zobaczyłam podpis, że to właśnie z tej książki, stwierdziłam, że nie ma bata – czas ją przeczytać. Apetyt był więc naprawdę spory.
M: Mój apetyt jest równie ogromny. Dwukrotnie trzymałam książkę w dłoniach, ba – miałam ją w domu, ale nigdy nie udało mi się zacząć jej czytać. Teraz jestem skazana na wypożyczenie jej z Twojej pokaźnej biblioteczki. Cytaty Myśliwskiego rzeczywiście są wszędzie i rzeczywiście są piękne.
A: Po przeczytaniu całej książki utwierdziłam się w przekonaniu, że autor potrafi z prostych słów budować coś niezwykłego. W krótkich, dosadnych zdaniach zawiera sprawy, nad którymi wielu by się głowiło nijak nie potrafiąc ich powiedzieć. Ba, mam wrażenie, że czasem pokusił się on wręcz o nazywanie nienazwanego. Jest w tym filozofia, ale jakaś taka ujmująco codzienna.
M: "Mam już taki charakter, że aby coś zrozumieć, muszę najpierw spróbować to zapisać", pisze Haruki Murakami w "Norwegian Wood". Chwała tym, którzy potrafią nazwać nienazwane. To mistrzowska umiejętność.
A: Mam dokładnie tak jak Murakami, (a raczej postać która te słowa wypowiada)! Jestem pewna, że nie każdemu ten sposób pisania Myśliwskiego będzie odpowiadał. Narrator prowadzi właściwie monolog opowiadając swoje życie człowiekowi, z którym łuska fasolę. Nie brzmi porywająco, prawda? Gdzieś słyszałam, że Myśliwski podzielił kiedyś książki na „literaturę akcji” i „literaturę słowa”. Jego proza to zdecydowanie ta druga. Nie przyciąga fabułą. Chodzi w niej raczej o smakowanie słów, pięknie połączonych. Co więcej nie jest to smak słodyczy. Ma w sobie raczej coś gorzkiego.
M: Kiedy nakręcałam się na tę książkę, koleżanka zapytała – a o czym ona jest? Potrafiłam jedynie odpowiedzieć – gość opowiada drugiemu gościowi historię swojego życia. Nie zabrzmiało przekonująco.
A: Jak napisał Myśliwski: „książki to także świat, i to świat, który człowiek sobie wybiera, a nie na który przychodzi”. Cieszę się, że jakiś czas temu wybrałam sobie świat „Traktatu o łuskaniu fasoli”.
wtorek, 22 lipca 2014
M: Wyszłam się opalać, a słońce zaszło. Dzięki chmuro. Wieje za to dość chłodny wiatr, a ja wsłuchuję się w „Norwegian Wood” zespołu The Beatles. Chyba wszystko jasne...
A: O. Też sobie włączę.
M: Wiem, że miałam tego nie recenzować, ale od trzech tygodni siedzi mi w głowie. Mowa o książce „Norwegian Wood”, której autorem jest Haruki Murakami. Mam nad Tobą przewagę, bo trzymam książkę w łapkach (dzięki za pożyczenie). Poza tym czytałam ją niedawno.
A: No racja, odkąd ją przeczytałam minęło już sporo czasu, więc niestety niewiele szczegółów pamiętam. A to siedzenie w głowie rozumiem doskonale, bo mam tak z „Traktatem o łuskaniu fasoli” – nie zamierzałam o niej pisać, ale coraz bardziej się do tego skłaniam.
M: Zaczyna się bardzo obiecująco, jakby od końca. „Im bardziej bledną wspomnienia, tym bardziej rozumiem Naoko”, czytamy na 13 stronie. Twoje kieszonkowe wydanie ma ich 317, ale nie na wszystkich jest równie mądrze i prawdziwie. Powiem więcej – „Norwegian Wood” wkurza. Mimo tego płakałam, brnąc po północy przez ostatnie strony. Swoista sinusoida, wyrażając się po matematycznemu. Sinusoida, ale intrygująca, mimo wszystko.
A: Początek rzeczywiście był zajmujący, ale ogólnie ta książka działała na mnie dziwnie. O ile niewiele sobie z niej przypominam, to akurat owo wrażenie wkurzenia pamiętam doskonale.
M: „Gadaliśmy do drugiej, po czym oświadczyła – czas spać”, śpiewają Beatlesi. „A kiedy się obudziłem jej już nie było, ten ptaszek odleciał”. Tymi słowami można by podsumować właściwie całą książkę. Główny bohater, Watanabe, jest upiornie irytujący. Pieprzy się z kim popadnie (wyrażenie użyte celowo), jednocześnie wręcz platonicznie (nie licząc jednego razu), kocha Naoko.
A: Mi się w ogóle bardzo ciężko było wgryźć w tę książkę. Ta cała japońska estetyka, wschodnie klimaty – to nie dla mnie. W dodatku niby jest tu jakaś melancholia, ale jakaś taka – nie umiem tego określić inaczej – no dziwna po prostu.
M: Naoko. Bardzo ją lubię, choć wcale nie rozumiem (jeśli ktoś ją w ogóle rozumie, to tylko Reiko). Jest dziwna, jest niepokojąca, krucha i bezradna. „Watanabe, czy ty mnie kochasz? Oczywiście – odpowiedziałem”, ale – „Na tę myśl zrobiło mi się niewypowiedzianie smutno. Naoko nigdy mnie nie kochała”. I dalej – „Hej Kizuki, w końcu zdobyłeś Naoko. Nie ma rady, zawsze należała do Ciebie. Pewnie jest tam, gdzie powinna być.”
A: Bohaterów też nie całkiem kojarzę. Wspominam za to dobrze niektóre fragmenty – było kilka naprawdę mocnych tekstów, które nawet podkreśliłam. Nie zmienia to jednak faktu, że po drugiej już przeczytanej książce Murakamiego stwierdzam, że raczej nie zaprzyjaźniłam się z tym autorem. Coś mi tam zgrzyta. Nawet ciężko mi określić co to dokładnie jest.
M: Jeśli ktoś chce poznać fabułę, odsyłam na tylną część oprawy (jest opowiedziana nawet nazbyt szczegółowo). Ja nie powiem już nic więcej. Swój niedosyt zaspokójcie biorąc do ręki książkę.
środa, 9 lipca 2014
A: Niektóre książki przejmują cechy swoich bohaterów. Kobieta, którą poznałam u Antoniego Libery zachwyca elegancją, dokładnie tak jak ta powieść. Być może to przez fragmenty w języku francuskim, który sam w sobie kojarzy mi się bardzo wytwornie. Bohaterka przy swoim pięknie ma też w sobie sporo chłodu, okazuje się że stoi za nim skomplikowana historia. I książka tak samo – ma dość zrównoważony, tajemniczy ton.
M: Nie lubię chłodnych kobiet, wytwornych dam z ułożonym kokiem i poważną miną. Mnie kobieta kojarzy się z ciepłem, zatroskaniem i matczyną czułością, dlatego takich postaci oczekuję w książkach. Francuski. Przy próbie przeczytania czegoś w tym języku jest niezły ubaw.
A: Kiedy ktoś mnie pytał co teraz czytam odpowiadałam, że książkę o młodym chłopaku, który zakochał się w swojej nauczycielce francuskiego. Ale to spore uproszczenie. Fascynację o której tu mowa opisano niezwykle subtelnie, a sposoby na jakie nastolatek próbuje zbliżać się do Madame są bardzo oryginalne, inteligentne, choć momentami zabawne. Warto zaznaczyć, że wszystko dzieje się w PRL-u, przez co poznajemy realia tej epoki, a dzięki narracji pierwszoosobowej razem z maturzystą przeżywamy jego radości i smutki. Niewiele wiem o Antonim Liberze poza tym, że zadebiutował „Madame” wygrywając jakiś konkurs literacki, ale mam wrażenie, że tą powieścią pisał jakby list do siebie samego. Jakby chciał się nauczyć czegoś o sobie samym i ponazywać różne rzeczy.
M: Interesujące – wytworność w PRL-u. Podoba mi się. Ciekawi mnie tylko, ile lat miała nauczycielka?
A: 31. „Madame” będzie mi się kojarzyła ze słowem maksymalizm. Bohater jest właśnie takim maksymalistą. Dla niego liczy się wszystko albo nic. Polubiłam go za uparte szukanie siebie. Próbował chodzić po różnych ścieżkach, aż w końcu odkrył tę własną. Poświęcił się temu, co kocha i odniósł w tym sukces. To daje czytelnikowi nadzieję. Wiem Monia, że twardo stąpasz po ziemi, ale ja ciągle mam wolę walki, a książki jak ta mi ją umacniają. Uwaga dla alergików: produkt może zawierać śladowe ilości patosu.
M: Skoro – wszystko albo nic – to trochę jak u mnie. Każdy codziennie toczy walkę, a przynajmniej jakieś bitwy. Nie lubię słowa "sukces", jest zbyt górnolotne. Poza tym osiąganie sukcesu kojarzy mi się z dążeniem, a właściwie osiąganiem celu, który ludzie sobie wyznaczają, a czego ja nie rozumiem. Chyba że są to małe, codzienne sukcesiki, mniej zawodowe, bardziej rodzinno-towarzyskie. Nie wiem jaki ma to związek z książką, ale musiałam wtrącić swoje pięć groszy.
A: Racja z tym „sukcesem”, brzmi tak hmm marketingowo, firmowo, a to przecież nie o to chodzi, albo przynajmniej nie tylko o to. A „Madame” udało się trafić na moją listę „ulubione” głównie przez końcówkę. Owszem, zdarzały się fragmenty, w których mnie nudziła, jednak ogólny wydźwięk jest bardzo mocny. Dlaczego? Głównie z powodu, że to książka o miłości do słowa. I widać tę miłość nie tylko w wydarzeniach i charakterystyce bohatera, ale też – a może przede wszystkim – w stylu autora. Zadziwia on mnogością cytowanych wierszy, sztuk, powieści. Erudycja, level hard. Wcześniej powiedziałabym, że to raczej nie sposób przedstawienia tematu, którego jestem największą fanką. Niemniej jednak ma coś w sobie i zdecydowanie podziwiam Antoniego Liberę za tę finezję.
M: To trochę jak u mnie z Norwegian Wood. Toleruję tę książkę tylko dzięki początkowi i końcówce. Miłość do słowa – zgraliście się, w końcu Twoja pasja to słowa – czytane i pisane. Tylko czy cytaty i nawiązania nie utrudniają zrozumienia? Czy jest to książka dla każdego? Mimo wszystko, zaciekawiłaś mnie, a to dobry znak.
A: Na koniec jeszcze mały gratis, piosenka w klimacie lektury
poniedziałek, 7 lipca 2014
M: W oczekiwaniu na autobus wstąpiłam do Matrasa. Pierwsze, na co natrafiłam, grzebiąc w koszu z tanimi książkami, to "Przypadkowy mężczyzna", przeceniony na 6,90 zł. Wzięłam bez wahania.
A: O. A ja nie umiem kupować przypadkowych książek. Zawsze muszę się czegoś wcześniej o wybrance dowiedzieć, nawet nie tyle o fabule, co o ogólnym klimacie i stylu, sprawdzić po prostu czy to coś dla mnie.
M: "Pozycja do parku, między łykiem piwa a smarowaniem pleców olejkiem do opalania". Taką opinię, o książce Philippe'a Bessona, wystawił na lubimyczytac.pl użytkownik MrDarius. Interesujące, ale miałam to (nie)szczęście czytać książkę zimą. Zrobiłam to na łóżku, pijąc czekoladę na gorąco.
A: Moje ulubiona sceneria do czytania. No może czasem zamiast czekolady herbata a do tego czekolada w kostkach.
M: Prosta fabuła? Nazwałabym ją w ostateczności jednowątkową. Minimalizm? Owszem, ale bardzo lubię taki sposób prowadzenia narracji, zresztą pierwszoosobowej. Poza tym nie o fabułę tutaj chodzi.
A: W prostocie siła! Zapowiada się całkiem całkiem…
M: Policjant wiedzie zwyczajne życie w Stanach Zjednoczonych, aż do momentu, w którym na trawniku znajduje zwłoki chłopaka. „Krótko mówiąc, prowadziłem spokojne życie. Doczekałem się trzydziestki i dopiero wówczas poraził mnie piorun. Zważywszy na to, co stało się później, można by sądzić, że żałuję tego spokoju, tej ciszy przed burzą. Lecz byłoby to błędem. Nie zostałem stworzony do zawirowań losu, to pewne, ale teraz padłbym chętnie na kolana i błagał o to, by piorun poraził mnie jeszcze raz”. Wbrew pozorom książka nie jest kryminałem. To opowiadanie o spotkaniu, które wywróciło do góry nogami życie gliny z Beverly Hills. „Owszem, kilkakrotnie miałem możliwość wyjścia z tej sytuacji i nigdy z niej nie skorzystałem. Mogłem się z tego wydostać, to oczywiste, i nie zrobiłem tego”. W tym miejscu musi paść słowo, przed którym chciałam się uchronić. Miłość.
A: Tu też nie mam się do czego przyczepić. Zresztą na wykładach często pokazywałaś mi fragmenty z tej książki i już wtedy przyznawałam, że mi się podobają. Czytelnie i dobitnie.
M: Powód, dla którego "Przypadkowy mężczyzna" trafił u mnie na półkę "ulubione", to nagromadzenie gorzko-prawdziwych słów o tęsknocie, rozstaniu, bólu i podobnych uczuciach. Pod tym względem to prawdziwy gigant. Płakałam jak bóbr. Wypaliło mnie w środku. Czułam ścisk żołądka i dziecięcą bezradność, bo „(...) dla mnie nic nie jest jak dawniej. To łagodne ciepło, upojnie łagodne ciepło lata (...) sprawia mi niewiarygodny ból”.
A: Takie książki, które ujmują w słowa to, czego samemu nie potrafiłoby się nazwać to są chyba szalenie potrzebne.
czwartek, 3 lipca 2014
A: Siadam pod bujanym fotelem na którym zasypia starszy pan z długą, siwą brodą i nieśmiało pytam „Dziadku opowiesz mi coś?”. Tak mogłabym opisać moje spotkanie z „Wichrami Smoczogór” Wita Szostaka.
M: Zapowiada się i dobrze i źle. Lubię, kiedy mój dziadek – parafrazując – opowiada starodawne dzieje, mimo że dotyczą głównie wojny. Niestety tytuł książki od razu zniechęca. Nie znoszę fantasy.
A: Ja za to fantasy lubię i moje oczekiwania były wysokie. Naczytałam się w recenzjach o podobieństwie do Tolkiena, pięknych opisach przyrody i nawiązaniach do tradycji góralskiej… No cóż, prędzej czy później, musiałam po tę książkę sięgnąć. Nastawiłam się na przesiąkniętą magią opowieść… dostałam nawet coś więcej – baśń wyśpiewaną. Bo cała ta książka jest jak pieśń. Ciągle jeszcze grają mi w uszach dudy, skrzypki i lira.
M: Tolkien. Zostałam skazana na czytanie Hobbita trzykrotnie. Skazana to dobre słowo. Opisy przyrody to coś, co zwykle omijam w książkach. Jedynie nawiązania do tradycji góralskiej dają jeszcze nadzieję.
A: Czytając Wichry czułam się jak jeden z bohaterów – badacz, który przemierza Smoczogóry z ich rodowitymi mieszkańcami, poznaje legendy, odkrywa sekrety i uczy się nie tylko o tym, jak zbudowany jest świat wokół niego, ale też o sobie. Naukowiec obeznany z opasłymi tomiskami największą wiedzę odnajduje w prostocie ludzi gór, tajemniczej filozofii, pieśniach i opowieściach, w które ciężko wierzyć… Akcja może nie jest szczególnie porywająca. Do książki przyciąga za to pięknie zbudowany świat i język przenoszący czytelnika do góralskich chat i na „szczyty smagane wichrami”.
M: Zdecydowanie nie mój klimat. Zamykam się na klucz przed tego typu książkami. Nie pukać!
A: Jak nie drzwiami to oknem! Powieść Szostaka to baśń filozoficzna oparta na motywie zderzenia tego, co stare z tym, co nowe. Stawia pytania i wiele z nich zostawia bez odpowiedzi. „Zamiast prowadzić do celu, tylko wskazuje drogę”. Tą ścieżką może być właśnie tradycja, interpretacja ludowych podań i legend, albo własna dróżka wydeptana między metaforami.
M: Dlaczego niektórzy mylą bajkę z baśnią i używają tych pojęć zamiennie, jako synonimów? To trochę niefajne.
A: No racja, to spore uproszczenie, a przecież te gatunki niewiele mają ze sobą wspólnego. A co do Wichrów to dziwne, ale ta książka ma właściwie prawie wszystkie predyspozycje, żeby trafić do grona moich ulubionych, a jednak w nich nie wylądowała. Czegoś zabrakło. Zaliczam tam zazwyczaj takie, które oprócz tego, że urzekną mnie formą i treścią mają też coś, co ciężko ująć, a co wytwarza taką szczególną więź. Tutaj dużo mi się podobało i sporo jest mi bliskie, ale więzi jakoś nie ma…
M: Nie ma więzi? W takim razie dzieło nie jest utworem w rozumieniu ustawy Prawo autorskie!
A: Kończąc – C. S. Lewis powiedział kiedyś: "Któregoś dnia będziesz stary wystarczająco by znowu zacząć czytać baśnie". Nie wiem czy jestem wystarczająca stara, ale baśnie uwielbiam, a Wichry Smoczogór to na pewno baśń wyjątkowa.
M: Czyli starość szybko mi nie grozi. Pocieszające.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







.jpg)
