Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 15 września 2014
M: To będzie dziwna recenzja. Już mówię dlaczego. Zrobię podział, mianowicie – do pierwszego koszyka wrzucę piosenki dobre tekstowo, a do drugiego doskonałe muzycznie albo przynajmniej wpadające w ucho. Do kolejnego przydzielę takie, które są dobre i tekstowo i muzycznie, a do ostatniego piosenki słabe albo po prostu niczym się niewyróżniające.
A: Ok, to ja wybiorę sobie do przesłuchania po jednej piosence z każdego koszyka.
M: Płyty „Songs of Innocence” nikt się nie spodziewał. Wiadomo było, że panowie z U2 coś sobie tworzą, ale nie uprzedzili, że to już. A to „już” wydarzyło się 9 września, czyli sześć dni temu. Jeśli ktoś spodziewał się, że stworzą coś na miarę „Oridnary Love”, pomylił się. Znacznie temu bliżej do „Invisible”.
A: Dziwne, bo w zasadzie już prawie tydzień od premiery, a nigdzie poza rozmowami z Tobą, nie natknęłam się na info o tej płycie.
M: A zaczyna się od „The Miracle”, które wrzucam do koszyka „dobre tekstowo i muzycznie”. Melodia jest zadziornie-cwaniaczkowata. Jeśli kiedykolwiek zaczęłam wątpić w głos Bono, przestaję i przepraszam. „Byłem młody, nie głupi (…), doświadczyłem wielu rzeczy, na które nie zasłużyłem”. Dla mnie bomba. „Every Breaking Wave”, numer dwa na płycie, ląduje w tym samym koszyku co „The Miracle”. Typowo jutowskie granie i mistrzowski tekst. „Powinniśmy skończyć zanim zaczęliśmy”. Bardzo mądre. „California (There Is No End To Love)” z impetem wpada do tego samego koszyka co dwa poprzednie utwory. Znakomity początek. „Wszystko co wiem i wszystko, co musisz wiedzieć, to nie ma końca miłości”. Prawda. Numer cztery to „Song For Someone”. Na początku dość niemrawe, dlatego ostatecznie ląduje w koszyku pierwszym, czyli tym z dobrymi tekstami. Polecam poczytać.
A: Z trzeciego koszyka wybieram „California”. Intro rzeczywiście ciekawe, kojarzy mi się trochę afrykańsko. Chyba mogłoby też służyć do jakiegoś utworu z Króla Lwa. Tekst to powód, dla którego przesłuchuję tę piosenkę, taki pełen nadziei.
M: Numer pięć to „Iris (Hold Me Close)”. Waham się, ale niech będzie – koszyk trzeci, chociaż tekst na pewno przemawia bardziej niż melodia. „Myślałem, że cię prowadzę, ale to ty zrobiłaś ze mnie twojego człowieka”. Imię „Iris” Bono wypowiada bardzo zmysłowo. Plusik za to. Im dalej w las, tym ciemniej i tutaj się to sprawdza. „Volcano”, szóstka na płycie, ląduje niestety w koszyku ostatnim. Niczym się nie wyróżnia (no może poza melodyjnym refrenem) Siedem, czyli „Raised By Wolves” lubię tylko za coś przejmującego w głosie Bono, dlatego wrzucam ją do koszyka „dobre muzycznie”. „Cedrawood Road” to moje największe rozczarowanie. Poza świetnym, gitarowym początkiem niczego nowego nie wnosi. Zbyt poetycko, niestety. Koszyk czwarty, ale naprawdę mi przykro!
A: „Volcano” rzeczywiście pomimo dosyć energicznego refrenu nie porywa, ale całkiem mi się tu podoba linia basu. „Raised By Wolves” całe brzmi poruszająco, tekst jest w końcu o cierpieniu więc widać udało się to zgrać.
A: „Volcano” rzeczywiście pomimo dosyć energicznego refrenu nie porywa, ale całkiem mi się tu podoba linia basu. „Raised By Wolves” całe brzmi poruszająco, tekst jest w końcu o cierpieniu więc widać udało się to zgrać.
M: Trzy do końca. „Sleep Like A Baby Tonight”, co za paskudna melodia! Ale tekstowo wyśmienicie, dlatego przydzielam ją do koszyka pierwszego. Nie chcę zepsuć tłumaczenia, dlatego wyjątkowo po angielsku: „In your dreams, everything is alright. Tomorrow dawns like someone else’s suicide. You’re gonna sleep like a baby tonight”. Numer dziesięć, czyli “This Is Where You Can Reach Me” to kolejne rozczarowanie. Poza fajnie zaśpiewanym “Soldier, soldier…” nie porywa. Koszyk czwarty.
A: Mnie natomiast „Sleep Like a Baby Tonight” całkiem się podoba, Bono bardzo miękko ją śpiewa i w ogóle cała brzmi lekko jak prawdziwa kołysanka, a gitary w drugiej części dodają pazura. No i tekst oczywiście świetny, mam słabość do takich „dobranocnych”.
A: Mnie natomiast „Sleep Like a Baby Tonight” całkiem się podoba, Bono bardzo miękko ją śpiewa i w ogóle cała brzmi lekko jak prawdziwa kołysanka, a gitary w drugiej części dodają pazura. No i tekst oczywiście świetny, mam słabość do takich „dobranocnych”.
M: Ostatnia piosenka to „The Troubles”. O-błę-dna. Tekst, od początku do końca, niesamowity. „Więc możesz mnie zranić, a potem zranić mnie trochę mocniej. Mam energię, by przetrwać”. Ale jest jeszcze coś, a właściwie ktoś. Lykke Li. Tak, Lykke Li z Bono. Śpiewa cudnie, cudnie przejmująco. Nie potrafię ładniej napisać, więc zacytuję: „The Troubles brzmi jak piosenka z nieznanego filmu Quentina Tarantino – porywająco łącząc soundtrackowe smyczki i dziewczęcą wokalizę Lykke Li z rozmarzonym śpiewem Bono”.
A: No dobra, z trzeciego koszyka będą dwie. „The Troubles” – krótko mówiąc wow. Pięknie się rozwija, a ich głosy razem brzmią bardzo harmonijnie. Zgodnie z radą przesłucham na pewno całość, bo niektóre utwory mnie ujęły. Od dawna nie mogłam dla siebie znaleźć niczego nowego, a tu proszę taka niespodzianka – U2, którego wcale wiele nie słuchałam tak zaskoczyło.
M: Podsumowując – początek płyty doskonały, później trochę gorzej, ale końcówka wyjątkowa. Warto posłuchać, ale nie wszystko na raz. Dawkować, miarkować, zostawiać niedosyt. A żeby było łatwiej, jeszcze raz rozpisane koszyki. Numer oznacza pozycję danej piosenki na płycie.
KOSZYK PIERWSZY – piosenki dobre tekstowo:
4. Song For Someone
9. Sleep Like A Baby Tonight
KOSZYK DRUGI – piosenki dobre muzycznie:
7. Raised By Wolves
KOSZYK TRZECI – piosenki dobre muzycznie i tekstowo:
1. The Miracle
2. Every Breaking Wave
3. California (There Is No End To Love
5. Iris (Hold Me Close)
11. The Troubles
KOSZYK CZWARTY – piosenki słabe:
6. Volcano
8. Cedrawood Road
10. This Is Where You Can Reach Me
Link do odsłuchu płyty: Songs of Innocence
czwartek, 31 lipca 2014
Mówisz w życiu trzeba być kimś.
Czy odejdziesz gdy będę nikim?
Powiedz mi.
Nie rozmawiam z nikim, z nikim się nie dzielę.
Tak mam.
Zachowaj resztę, wynoś się ze mnie.
Gdy nie ma nikogo,
boję się siebie.
Nie pozwolę Ci mnie opuścić,
nawet gdybym miał się zgubić.
Z braku słów
czasami czuję się jak tchórz.
Przypominasz mi mnie.
Szarpiącą się w kokonie ćmę.
Jestem głupi.
Miło mi.
Tysiąc wypitych razem kaw,
głupi myślałem, że cię znam.
W pamięci niewiele już mam.
To koniec, wreszcie koniec.
Drozd w sercu zmiażdżył co chciał,
tylko czasem w dłoniach chowam twarz.
Niepokój wewnątrz wciąż ten sam,
światła ubywa mi.
Czy odejdziesz gdy będę nikim?
Powiedz mi.
Nie rozmawiam z nikim, z nikim się nie dzielę.
Tak mam.
Zachowaj resztę, wynoś się ze mnie.
Gdy nie ma nikogo,
boję się siebie.
Nie pozwolę Ci mnie opuścić,
nawet gdybym miał się zgubić.
Z braku słów
czasami czuję się jak tchórz.
Przypominasz mi mnie.
Szarpiącą się w kokonie ćmę.
Jestem głupi.
Miło mi.
Tysiąc wypitych razem kaw,
głupi myślałem, że cię znam.
W pamięci niewiele już mam.
To koniec, wreszcie koniec.
Drozd w sercu zmiażdżył co chciał,
tylko czasem w dłoniach chowam twarz.
Niepokój wewnątrz wciąż ten sam,
światła ubywa mi.
M: Pewnie spytasz – co to? Przedwcześnie odpowiadam – wiersz zlepiony z fragmentów piosenek Artura Rojka. Tym razem na celowniku "Składam się z ciągłych powtórzeń". Ze wszystkich dziesięciu utworów wybrałam ulubione wersy i skleiłam w całość. Podoba się?
A: Świetne! I pomysł i spójne złożenie. Może wyślij Arturowi, żeby napisał muzykę… Czekam aż usłyszymy to na koncercie!
M: Będę sławna? Ojej. "Składam się z ciągłych powtórzeń". Dobry tytuł płyty. Prawie tak dobry jak "A morał tej historii mógłby być taki, mimo że cukrowe, to jednak buraki", tak myślę. "Syreny" podbiły polskie listy przebojów. "Beksę" też większość kojarzy, choć nie wszyscy doceniają. Dla mnie obie te piosenki są świetne, ale warto wspomnieć o innych utworach, mniej znanych.
A: Z początku nie mogłam ich przełknąć, zwłaszcza Beksy. Ale teraz już nawet mi nie przeszkadzają. Może zadziałała ta zasada, że lubimy to co znamy? Albo po prostu te ciekawe fragmenty w tekstach tak przyciągnęły…
M: "Krótkie momenty skupienia". Coś w sobie mają, zarówno tekstowo jak i muzycznie. "Czas, który pozostał" jest jeszcze lepszy. "Nie pozwolę Ci mnie opuścić, nawet, gdybym miał się zgubić...", prawda że piękne? "Kokon" to tak naprawdę cztery wersy, mówiące więcej niż dziesiątki słów. Ale najbardziej lubię "Lekkość". "Idź sobie, już Cię nie chcę..." śpiewa Rojek zupełnie nieprzejmująco, a wręcz ironicznie. "Drozd w sercu zmiażdżył co chciał, tylko czasem w dłoniach chowam twarz...". Naprawdę znakomite.
A: „Kokon” – trochę tam elektroniki, od której bolą mnie zęby, więc muzyka zupełnie nie, ale tekst ciekawy. Pozostałe, które wymieniłaś – podobają mi się, ale nieszczególnie zwracają moją uwagę. Mogłabym ich słuchać jako tło „żeby coś grało”. No może poza „Lekkością” – przy tym się zatrzymałam i chyba będę wracać częściej.
M: O czym jest ta płyta? O miłości? Poznawaniu siebie? Ale to frazesy. Teksty piosenek bardzo mi się podobają. Muzycznie – dobrze, ale nic więcej. Znasz uczucie chwytania za serce? Albo ścisk żołądka? Nie miałam tego przesłuchując płytę. Nie zrobiło mi się też smutno. Wesoło też nie. Jest trochę nijak.
A: Dokładnie. Da się słuchać, parę wersetów w tekstach naprawdę świeżych i ładnych, ale ogólnie to nie poruszyła mnie ta płyta, nie rozbroiła, nie zawróciła w głowie. Jak to gdzieś kiedyś ujęłam zabrakło tej takiej szczególnej więzi. Może nie aspirowała nawet do takiej roli i ma być zwykłym urozmaiceniem, drugim planem, ale chyba jednak po Rojku spodziewałabym się więcej.
M: O szczególnej więzi twórcy z utworem słyszałam, ale szczególnej więzi odbiorcy z utworem – jeszcze nie. Trzeba to skodyfikować.
poniedziałek, 14 lipca 2014
A: Pozwólmy sobie na małe spojrzenie wstecz. Płyta, którą wybrałam to nie nowość, bo jest wydana już 6 lat temu. Co więcej nie można o niej powiedzieć, że dobrze obrazuje całość twórczości Anathemy. Na „Hindsight” ten doom-metalowy zespół stworzył wersje akustyczne i półakustyczne utworów znanych już przez fanów z poprzednich płyt. Piszę przez fanów, bo dla mnie właśnie ten album stał się pierwszym krokiem w drodze z Anathemą. Zetknęłam się z nimi w prawdzie już wcześniej, ale słuchałam tylko kilku piosenek.
M: Zespołu nie znam. Za wersjami akustycznymi nie przepadam. Nazwa kojarzy mi się z rockiem gotyckim. Zaczynam się bać.
A: Zaczynali zdecydowanie mroczniej. „Hindsight” brzmi jakby otworzyli okno i wpuścili więcej światła. Szczypta mroku jednak została i ciągle jest wyczuwalna. Zaczerpnęłabym tu słówko od Moniki – ta muzyka jest „niepokojąca”. Instrumentami prowadzącymi nas w tej podróży w przeszłość są głównie pianino, gitara akustyczna i wiolonczela – lubię bardzo.
M: O, czyli było mrocznie (to nawet trochę strzeliłam). Już ja sobie zaraz posłucham i powiem, czy Twoje „niepokojące”, a moje „niepokojące” równa się to samo.
A: W języku polskim chyba nie mamy jednego słowa, które tłumaczyłoby nazwę albumu. Hindsight bowiem oznacza przewidywanie po fakcie, spojrzenie na coś zbyt późno. Tytuł dobrany bardzo trafnie… ale po kolei.
M: To jak u Kayah w piosence „Za późno”.
A: Pierwszy utwór – „Fragile Dreams” wprowadza w temat i atmosferę. Wokalista wyśpiewuje rozczarowanie i uświadomienie sobie własnej naiwności. Kolejny – „Inner Silence” – jest drugi na płycie w kolejności, ale też w moim osobistym rankingu. Tekst (a właściwie tłumaczenie) można zacytować w całości „Kiedy cisza przyzywa i dzień dobiega końca, kiedy światło Twojego życia wzdycha i miłość umiera w Twoich oczach. Czy tylko wtedy zdam sobie sprawę, ile tak naprawdę dla mnie znaczysz...” Poezja. Ból. Niepewność i złość na siebie. Napisana dla matki, kiedy była chora. I to wszystko słychać w muzyce.
M: „Fragile Dreams” – muzycznie nie, tekstowo tak. „Powinienem był uciec... ale zostałem”, dobre! Czemu ja mam drugie "Leave No Trace”? „Światło Twojego życia wzdycha” – przepraszam, ale to strasznie nadmuchane. Muzycznie ciągle nie.
A: Racja, tłumaczenie brzmi słabo – oryginał jakoś inaczej. „One Last Goodbye” – dla mnie absolutnie najlepsza, nie tylko na tym albumie ale i w ogóle u Anathemy. Totalnie poruszająca i pełna emocji, od pierwszego do ostatniego dźwięku. Jeszcze więcej w niej żalu niż w Inner Silence. Podobno również skierowana do zmarłej matki. Kiedy Cavanagh śpiewa „Oh I wish I wish you could have stayed” („Oh, chciałbym żebyś mogła zostać”) nie mogę mu nie wierzyć. Wersja oryginalna z „Judgment”, trochę szybsza i bogatsza instrumentalnie, gitary elektryczne robią w niej swoje. Wokalista prawie wykrzykuje: „W moich snach widzę Cię, tam mogę Ci powiedzieć jak się czuję, w moich snach mogę cię zatrzymać…”
M: Nie mogę znieść połączenia fortepianu czy tam pianina, z gitarą. Głos zwyczajny, a raczej przeciętny. Tekstowo rzeczywiście wspaniale, ale niestety – piosenka to nie wiersz i liczy się wrażenie słuchowe, które tutaj wypada blado. Ogólne wrażenie – kiepskie.
A: W „Natural Disaster” pojawia się kobiecy, mgielny głos Lee Douglas. W tekście widać próbę godzenia się z rzeczywistością, choć ciągle sporo tam goryczy: „Już nieważne co powiem, nieważne co zrobię, niczego już nie zmienię”.
M: A to mi się Metallicą kojarzy, serio! Pani też mi się nie podoba. Nie słyszę niepokoju, ani tu ani nigdzie. „To była długa, ciężka zima bez Ciebie”, tekstowo znów dobrze. Niech ktoś zmieni muzykę, pana śpiewaka i panią śpiewaczkę, proszę.
A: W „Temporary Peace” urzekł mnie odgłos fal morskich na początku – świetnie wprowadza w tekst i nastrój. Zaczyna być wyczuwalny jakiś spokój – jeszcze nie sielankowość, ale swego rodzaju równowaga. „Serenada staje się coraz zimniejsza, łamie mą duszę, która próbuje śpiewać, jest tak wiele, wiele myśli, gdy próbuję zapaść w sen, lecz z tobą zaczynam czuć coś w rodzaju chwilowego spokoju”. We „Flying” i „Unchained” jest już coraz więcej pogody i nadziei.
M: „Temporary Peace”, muzycznie dobre, aż do nieszczęsnego wejścia gitary akustycznej. Tekst za to zbyt poetycki. „Flying” ma piękny wstęp i całe jest znośne muzycznie. Pierwsze, w końcu.
A: Ta płyta jest jak historia przeżyć. Od rozczarowania, samotności, opuszczenia w pierwszych utworach przechodzi przez rozpaczliwe pytania „Jesteś tam?” do chwilowego spokoju i nadziei w ostatnich. Nie jest to łatwa muzyka do słuchania przy sprzątaniu. Raczej traktuję ją jako taką, z którą zostaję na wyłączność – najlepiej w nocy, ze słuchawkami na uszach.
M: Widzisz, nie zrobiłaś wskazań, że mam tego słuchać nocą (chociaż chyba niewiele by to zmieniło). Mnie to zwyczajnie zmęczyło, mimo że teksty rzeczywiście warte uwagi. Podsumowując – ja do tej płyty nie wrócę, przepraszam.
piątek, 11 lipca 2014
M: Wskazania – zrób kakao, przekręć klucz w drzwiach, usiądź na łóżku i przykryj się kocem. Trzydzieści trzy minuty dwanaście sekund w bezruchu. Paraliżuje od pierwszych dźwięków. Dasz radę?
A: Ok, wyzwanie przyjęte.
M: Zakładam, że siedzisz w ciemnym pokoju. Jesteś sam, pada deszcz. No dobrze, przesadzam. Jakkolwiek podana, smakuje dobrze. Fakt, gorzkawo, jak kakao, którego nie posłodziłeś, ale dobrze. Taka jest nowa płyta Lykke Li „I Never Learn”.
A: Siedzę w ciemnym pokoju i pada deszcz – ależ Ci się udało.
M: Zatkało kakao, jeśli już o kakao mowa. Patrząc w okno słuchałam kompozycji za kompozycją. Zachwyt wspiął się na najwyższą górę. Nigdy z niej nie zszedł, a jedynie wrócił do schroniska, położonego nieco niżej.
A: Monia, jakie górskie metafory! Lubię to!
M: Sama jestem zdziwiona, że potrafię tak pisać. Ale wróćmy do płyty. Zaczyna się od tytułowego "I Never Learn". Nie lubię tego słowa, ale tutaj pasuje jak ulał – obłędne. Mogę zapewnić, że jest to numer jeden pod każdym względem. Głos cudny, podrasowany jakimś efektem, jak zresztą w każdej piosence. Melodia niepokojąca. Tekst – mistrzostwo świata (tak trochę w nawiązaniu do Mundialu). Zapewniam – to nie jest wszystkim dobrze znana Lykke z "I Follow Rivers". To już całkiem inna kobieta.
A: Mundial. O nie, nawet tu… Uwielbiam za to Twoje określenie o muzyce „niepokojący” – wyraża coś prawie nieuchwytnego. Lykke Li kojarzę właściwie tylko z „I Follow Rivers”. „I never learn” brzmi nieźle, chociaż z początku nie wpadło mi w ucho. Teraz z każdym przesłuchaniem jest coraz lepiej. Głos jest ciekawy, ale zastanawiam się czy po dłuższym czasie nie zacznie mnie męczyć ta taka maniera i podrasowanie. Zobaczymy dalej…
M: "Samotna, jestem tak samotna...", śpiewa w drugim utworze "No Rest For The Wicked". Jest porzuconą kobietą, niestety. Smutek z płyty pcha się drzwiami i oknami, ale to nie tak, że Lykke się użala. Bierze na siebie część winy, przyznając: "Pozwoliłam mojej prawdziwej miłości zginąć. Miałam jego serce i łamałam je za każdym razem."
A: Już wiem z kim kojarzy mi się ten głos – Nelly Furtado, prawda, że podobnie momentami śpiewa? Niemniej jednak ma w sobie coś oryginalnego ta pani. No i rzeczywiście sporo tu smutku.
M: Nelly Furtado? Nigdy w życiu! Ale dobrze, że mi o niej przypomniałaś. "Manos Al Aire" sobie włączę. Rozum i serce Lykke nieustannie się potyczkują. Artystka toczy w sobie chłodno-ognistą bitwę. W "Just Like A Dream" wypowiada słowa: "Całkowicie nie tęsknię za miłością", by kilka wersów później prosić: "Skarbie, błagam, wróć do mnie." Nie można tu mówić o kobiecym niezdecydowaniu, ale o miłości.
A: Tak jak przypuszczałam, głos – choć niebanalny zaczyna mnie lekko męczyć. Piosenka, dwie jeszcze w porządku, ale im dalej tym wcześniej chcę przełączać na kolejną piosenkę. Może to po prostu kwestia nieosłuchania i gdybym bardziej się skupiała na pojedynczych utworach bardziej by „siadło”.
M: Rozum Lykke nieustępliwie stara się ją pocieszyć. "Więc zaczynam cię nie kochać (...) Powiedziałam, że cię kocham lata temu. Ale sobie powiedziałam, że ty mnie nigdy nie kochałeś", słyszymy w "Silver Line". "Pójdę za tobą w dół, dopóki dźwięk mojego głosu będzie cię tropił. Nigdy nie pozbędziesz się dźwięku kobiety, która cię kochała". Zemsta?
A: Hm, może nie tyle zemsta co próba uświadomienia mężczyźnie co traci i co się z tą stratą wiąże?
M: Jak zwał, tak zwał. W połowie płyty, w utworze "Gunshot" Lykke przyznaje: "Moje serce pękło, naprawdę bardzo Cię kochałam. (...) Nigdy Cię nie odzyskam". Po chwili skazuje się na wieczną samotność, nadając kolejnej piosence tytuł "Never Gonna Love Again". Fantastyczne. Ile kosztuje ją ta samotność przekonujemy się już w następnym utworze - "Heart Of Steel", który w refrenie brzmi bardzo gospelowo. Lykke śpiewa: "Och moje serce, nie łam obietnicy. Nieustannie płacę cenę za serce, które nie może być złamane."
A: „Never gonna love again” ma rzeczywiście bardzo smutny tekst, ale momentami brzmi tak, jakby to był taki uśmiech przez łzy. To mi się kojarzy ze słowami ks. Twardowskiego „Czy wiesz, że łzy się śmieją kiedy są za duże?”.
M: Jak "Italiano" Edyty Bartosiewicz. Wszystko kończy przesmutne "Sleeping Alone". Lykke smętnie nuci: "Zapominanie długo trwa. Kochałam cię dożywotnio. Kochałam cię długo." Mimo wszystko, nie traci nadziei. Album kończą słowa: "Jeśli uratujesz swoje serce dla mojego serca - spotkamy się znowu."
A: Zastanawiam się czy by nie nazwać „Sleeping Alone” obok „I never learn” moim faworytem, ale jeszcze poczekam z nadawaniem takich tytułów do co najmniej jednego więcej przesłuchania.
M: Dobry wybór. Nie wspomniałam jeszcze o jednej piosence, mianowicie "Love Me Like I'm Not Made of Stone". Nie wiem, jak ją zinterpretować. Słowa "Czy pokochasz moje blizny, tak bym mogła się uleczyć" mogłyby wskazywać, że Lykke kogoś znalazła. Reszta piosenki wcale na to nie wskazuje, jak zresztą cały album.
A: „Kochaj mnie jakbym nie była z kamienia” tekstowo przypomina mi „Mimo wszystko” Hey. Według mnie to taka rozpaczliwa prośba o miłość przy świadomości swoich blizn i słabości, jakby wierzyła, że tylko ta miłość może ją uzdrowić. Ładne…
M: Ale Lykke nie rozpacza, przynajmniej ja nie czuję tego żalu. Cieszę się, po ludzku się cieszę, że wzięłam się za przesłuchanie tej płyty. Przypadkowo, jak to ja, ale dziś wiem, że to jedne z najlepiej przeżytych trzydziestu trzech minut w moim życiu.
A: Nie ma przypadków!
M: Ej! To moje motto!
I najważniejsze - płyta do przesłuchania: Lykke Li - I Never Learn
Subskrybuj:
Posty (Atom)


