czwartek, 27 listopada 2014

Do ciebie, człowieku

M: Nieduży pokój. Drewniany stolik. Na nim telefon i jakieś papiery. Obracane krzesło, lampka nocna, komputer, kalendarz na ścianie, obraz. Okno. Bez firanki, ale z kraciastymi zasłonami. Kanapa. Na niej mężczyzna, z lekko podkurczonymi nogami, w butach, na lewym boku, odwrócony. Śpi. Szare ściany, szara podłoga. Wypłowiała zielona kanapa. Wypłowiały brązowy stolik. Trochę światła wpada przez okno. 

A: Ok, wyobraźnia uruchomiona.

M: Szare, ponure szwedzkie miasto. Kilkanaście osób w kilkudziesięciu scenach, pozornie ze sobą niepowiązanych. Złodziej, fryzjer, sprzedawca tkanin, orkiestra dęta, samotna dziewczyna, kierowca osobówki, psychiatra, nauczycielka, odrzucony kochanek, spłukany muzyk, pijaczka, pasażer na dworcu, przedsiębiorca, śpiewaczka, kobieta na klęczkach i inni. Cicho tam, jak makiem zasiał. Tam, w szarym, ponurym szwedzkim mieście, miejscu akcji „Du levande” („Do ciebie, człowieku”), filmu, który jest komedią, dramatem, komediodramatem albo farsą, jak mówi reżyser, o współczesnej kondycji ludzkiej. W zasadzie żadna to akcja, bo akcja to coś dynamicznego, żywego, w ruchu. A tu? Tu wszystko się ślimaczy, toczy zaledwie, opornie posuwa do przodu. Czasem w rytm trąbki, bębna i (chyba) suzafonu. Żadnych gwałtownych ruchów. Wszystko jest statyczne. Wegetacja. Mechaniczne uderzanie w bęben. Dmuchanie w trąbkę od niechcenia. Seks bez krzty namiętności. Marionetki w teatrze. 

A: Intrygującą atmosferę zarysowałaś. Chyba chcę to obejrzeć. 

M: Marne to przedstawienie. Leje jak z cebra, ucieka winda, ludzie wpychają się w kolejkę. Można by wyjść z kamerą na miasto i zobaczyć dokładnie to samo. A jednak, szwedzkie kino to obce kino. I chłodne. Scenka za scenką, scenka za scenką i kolejne, kolejne. Nagromadzenie scenek, mniej lub bardziej rozwiniętych. Nieuporządkowanie. Jak w brudnopisie. Trochę tego, trochę tamtego. Coś zaczęte a niedokończone. Coś zamazane a coś powtórzone. Strona za stroną, scenka za scenką. Powoli. Mozolnie. Dziwnie. Kamera stoi z boku. Przygląda się. Zazwyczaj z dalekiej odległości. Widać całe postacie, całe pomieszczenia, całe budynki. Obraz społeczeństwa nie przedstawia się dobrze. Poza tym, że jest szaro, jest też smutno. Cholernie smutno. Jakieś rozwiązanie, zwrot „akcji”, deus ex machina? W końcu to teatr życia. Obok smutku, śmiech. Komiczny, z zabawnych sytuacji, gorzki, ze smutnych prawd, czarny humor też. Psychodela. Mocniejsza niż piosenki Sigur Rós. 

A: Takie to listopadowe… 

M: Szpital. Szary, jak wszystko. Kolejka do lekarza. Psychiatra wchodzi do gabinetu, ubiera fartuch i mówi: "Tracę cenne godziny, żeby złych ludzi uczynić szczęśliwymi. To nie ma sensu. To niemożliwe. Przestałem to robić. Teraz już tylko przepisuję pigułki, jak najsilniejsze. I tyle". Eureka, kwintesencja, geniusz. Bo jak, jak można chcieć być szczęśliwym, skoro jest się samolubem? To nie świat jest do bani. 

A: Mocne. Już nie „chyba”, a na pewno chcę to zobaczyć. Ta cała szarość w połączeniu z chaosem i dziwnością to może być niezła mieszanka. Aż mi zabrzmiała w uszach muzyka Sigur Rós.

M: Parafrazując słowa Jacka Podsiadło, z uniesień zostało ci uniesienie brwi, ze wzruszeń, wzruszenie ramion? Do diabła z tym. Przecież "można i w zimie stworzyć sobie maj".




poniedziałek, 17 listopada 2014

"Ukryte"

A: Nalanie wody z dzbanka do szklanki. Przejście kilku kroków. Banał? A gdyby zrobić to samo z zamkniętymi oczami? No już nie jest tak super. Tymczasem to codzienność bohaterów filmu „Imagine”. Najprostsze czynności kosztują ich mnóstwo wysiłku. 

M: Nie próbujcie tego w domu. 

A: Słoneczna Lisbona. Do prestiżowego ośrodka dla niewidomych dzieci przyjeżdża nowy instruktor orientacji w przestrzeni – Ian. Ma dość niekonwencjonalne metody uczenia echolokacji, które wzbudzają niechęć jego przełożonych – próbuje przekonać podopiecznych do poruszania się bez białej laski. Jedna z bohaterek, młoda Niemka Eva nie chce pokazywać swojej niepełnosprawności światu, ucieka przed litością społeczeństwa. Metoda Iana, to dla niej szansa na skosztowanie normalnego życia. 

M: Spotkałam się z takim podejściem i to właśnie u kobiety, nie niewidomej, ale znacznie niedowidzącej. Trzymam kciuki za Evę i wszystkie inne niewidome kobiety. To dla nich chyba bardzo ważne. 

A: Reżyser – Andrzej Jakimowski, mistrzowsko wciąga widza nie tylko w atmosferę filmu, ale też sprawia, że momentami można wręcz zapomnieć o tym, że samemu się widzi. Ukrywa elementy, których nie dostrzegają bohaterowie, żebyśmy poczuli się jak oni. Ich zwyczajne funkcjonowanie wywołuje szybsze bicie serca – niesamowite ile napięcia można schować w przechodzeniu przez ulicę. 

M: To bardzo ciekawe, co piszesz. Zapomnieć o tym, że samemu się widzi. Tym jednym zdaniem zachęciłaś mnie do obejrzenia. 

A: Nauczyciel też się potyka, nie wszystko mu wychodzi. Widać ile dobrego robi, ale nie sposób też pominąć rzeczywistego zagrożenia. Czy mimo niebezpieczeństw warto? Odpowiedź na to pytanie reżyser zostawia widzom, nie dostajemy jej wprost. 

M: Najlepszy nauczyciel jest najwierniejszym uczniem, mówi mądra sentencja, a Czesław Mozil śpiewa, że drogo płaci ten, który wybrał nic nie tracić. Zdaje się więc, że warto. 

A: Ian daje swoim podopiecznym lekcję samodzielności, wytrwałości, wyobraźni i korzystania z wyostrzonych innych zmysłów niż wzrok. Z resztą to nie tylko lekcja dla nich, ale też dla nas, widzących. Inspiruje do zwracania uwagi na drobiazgi, które normalnie gdzieś by umknęły. Kto by pomyślał ile może się kryć za dźwiękiem, czy zapachem... Ten film po prostu subtelnie otwiera oczy.



poniedziałek, 10 listopada 2014

"Bo ja gdy czytam, to właściwie nie czytam..."

M: „ (…) bo w teczce niosę książki, po których się spodziewam, że wieczorem dowiem się z nich o samym sobie czegoś, czego jeszcze nie wiem”. Przez trzydzieści pięć lat pracy, przerabiając książki na miazgę, Hanta ocala przed zniszczeniem dwie tony dzieł, gromadząc je w swoim mieszkaniu. Śpi na stołku pod oknem. Pije dzbany piwa. Zazwyczaj nie myje nic prócz rąk. Nie jest opuszczony, ale jest sam. 

A: O, „Zbyt głośna samotność” – słyszałam o niej sporo i mam w swoich najbliższych czytelniczych planach. 

M: „ (…) każdy z nas czytywał te książki w naiwnej nadziei, że pewnego razu przeczytamy coś, co zmieni nas jakościowo”. „Zbyt głośna samotność” Bohumila Hrabala jest trochę meta-książką, czyli książką o książkach, ale nie tylko. To opowieść starego człowieka o jego życiu, coś na miarę „Traktatu o łuskaniu fasoli”, Wiesława Myśliwskiego. Pierwszoosobowa narracja, retrospekcja i ani krzty dialogu. Różnica jest jednak zasadnicza. Bohater „Zbyt głośnej samotności” nie ma się komu zwierzyć. 

A: Lubię książki o książkach, mają jakiś taki ciepły, staro-biblioteczny, drewniany, często tajemniczy klimat. Myśliwskiego też lubię. To może mi się spodobać. 

M: „ (…) lecz jest chyba coś więcej niż te niebiosa, współczucie i miłość, o której już zapomniałem i której już nie pamiętam”. Jaki jeszcze jest Hanta? Nie lubi pieniędzy. Wie, że każda krzywda, odbija się echem. Stale prosi o wybaczenie, choć sam nie wie dlaczego. Jest wykształcony wbrew własnej woli a za sprawą książek, które zamiast niszczyć, podkrada i czyta. Miał kiedyś Maniusię, kilka Cyganek i mamę, której prochami wuj posypał kalarepę w ogrodzie. 

A: Pachnie ciekawie, choć melancholijnie. Tak listopadowo…

M: „ (…) nie przyszedł mi z pomocą ani jeden tekst z książek, którym bezgranicznie ufałem”. Filozoficzna to opowieść. Nie długa, nie krótka, taka w sam raz. Ma dobry rytm a i jej język jest przyjemny. Smutna? Smutna, ale bez przesady. Można się chwilami uśmiechnąć. Nie wzruszyła mnie ani nie porwała, ale warto było poświęcić wieczór, aby ją przeczytać.




piątek, 7 listopada 2014

Zagubieni

A: Stasiuk – ucieszyło mnie to nazwisko w spisie lektur. Jakiś czas temu przeniosłam się z nim do „Grochowa” i to było bardzo udane spotkanie. Miałam więc nadzieję, że w „Jadąc do Babadag” znajdę podobny urok… tymczasem, było zgoła inaczej. 

M: U mnie tak samo. Tyle, że ja zwątpiłam po piętnastu stronach, co właściwie mi się nie zdarza. Ale tutaj miałam pewność, że nie wydarzy się nic, co mnie zainteresuje, bo chyba można powiedzieć, że ta książka nie ma fabuły. 

A: Pierwsze, co rzuca się w oczy od pierwszych stron to jakiś rozgardiasz, jedno wielkie zamieszanie. Autor opowiada o swoich podróżach po Europie w totalnie niespójny sposób. Jakby wyrywał z pamięci skrawki wspomnień i spisując rozrzucał je gdzie popadnie. Przez to nie był w stanie przykuć mojej uwagi na więcej niż kilka linijek i momentalnie się rozpraszałam. Zgubić się tu można we wszystkim – począwszy od filozoficznych wykluczających się stwierdzeń, aż po miejsca. Właściwie nie wiadomo gdzie i kiedy Stasiuk jest i o którym państwie opowiada. To pewnie celowy zabieg, ale do mnie zupełnie nie trafia. 

M: Chaos. Przez te kilkanaście pierwszych stron zdążyłam już być w Żyrardowie, Pucku, Poznaniu i na Słowacji. Chyba. Bo jak wspomniałaś, ciężko stwierdzić, gdzie się jest. Filozoficzny język, trudny język. A liczyłam na taki, jak w „Grochowie”. Na chłopski rozum.

A: Gdzieś z tej plątaniny słów wyłowiłam cytat, który pojawiał się na kilku stronach w Internetach: „Piję kawę i wyobrażam sobie brzask gdzie indziej”. No właśnie, chciałabym czytając o tych innych kulturach, ciekawych ludziach i pięknych miejscach wyobrażać sobie brzask właśnie tam, z nimi. A tu wyobraźnia jest zupełnie nieruszona. 

M: Piękne zdanie. Stasiuk tęskni za miejscem, ale równie dobrze, w kontekście tego stwierdzenia, można tęsknić za kimś. 

A: Tylko, że to nie jest słaba książka. Nie zaprzyjaźniłam się z nią, bo być może jak Beksiński „jestem typem emocjonalnym. Interesują mnie wzruszenia”, a „Jadąc do Babadag” to lektura bardziej intelektualna niż emocjonalna. Wydaje się nudna, mało żywa i bezpłciowa, a przy tym przesycona trudnymi nazwami, zawiłymi sformułowaniami i metaforami. Nie zmienia to jednak faktu, że Stasiuk jest na pewno świetnym obserwatorem. No cóż, będę więc chyba dalej próbować z jego książkami. Może jeszcze któraś okaże się ujmująca. 

M: Stasiuk uwielbia wspominać. Dogadalibyście się.


piątek, 31 października 2014

Serce sercu serce dało

M: 1983. Docent Zbigniew Religa, czterdziestopięcioletni kardiolog pracujący w warszawskiej klinice, otrzymuje propozycję przejęcia kliniki w Zabrzu. Lekarz z niego nie byle jaki – ma za sobą staż w Stanach Zjednoczonych. Religa zgadza się i przyjeżdża na Śląsk. Zastaje budynek, który w niczym nie przypomina szpitala. Kolega, który namówił go na przejęcie kliniki, bezradnie rozkłada ręce na pytanie o pieniądze. Zaczyna się walka. 

A: O filmie „Bogowie” słychać ostatnio wszędzie. Nie widziałam go jeszcze, ale zapowiada się ciekawie. Poza Miastem 44 i Powstaniem Warszawskim chyba dawno nie było o polskich produkcjach aż tak głośno. 

M: Stając przed etyczną komisją szpitalną, Religa słyszy zarzut, że nie jest Bogiem, który może decydować o ludzkim życiu. To odpowiedź na proponowane przez niego rozwiązanie, które ratuje życie chorych pacjentów w innych krajach. Mowa o przeszczepie serca. Religa, przekonany o słuszności swojego pomysłu, zakasa rękawy i wraz z innymi lekarzami oraz personelem szpitala, najpierw remontuje budynek, a potem walczy o pieniądze, mimo, że kosztuje go to układ z komunistami i gangsterami. 

A: Ważny cel sobie postawił to i motywację miał sporą. No cóż, chyba dobrze się stało, bo dzięki niej zdołał uratować mnóstwo ludzi. 

M: Religa ma serce na dłoni i wiele serc na dłoni podczas przeszczepów. Pali, pije litry kawy i wódki. Klnie jak szewc albo, jak kto woli, soczyście przeklina. Nie robi tego tak o. To myśl udanego przeszczepu serca nie daje mu spokoju. Chce uratować czyjeś życie, zastępy ludzkich żyć. Kosztem rodziny, kosztem zdrowia, na przekór lekarzom profesorom. 

A: Z plakatów i trailera kojarzę właśnie Kota zgarbionego i z papierosem – aż czuć ten dym i duszną atmosferę. Koszty wyglądają na duże, ale i zadanie stało przed Religą wielkie. 

M: Co robi widz przez większość filmu? Śmieje się. Naprawdę. Dialogi skonstruowane są genialnie. Żeby nie być gołosłowną, przykład. Na pytanie „kim pan jest” zadane przez sanitariusza karetki, podjeżdżającej pod szpital z umierającym pacjentem, a poprzedzone decyzją Religi „skalpel, otwieramy go”, Religa odpowiada „a, przechodziłem tędy”. Strasznie to fajne, że życie kardiologa pokazane jest z perspektywy jednej sprawy, której bez reszty się poświęca. I choć jest to sprawa nieosiągalna dla zwykłego widza, przez pokazanie jej od kuchni, zaczyna stawać się sprawą wszystkich. 

A: Widziałam tę scenę na trailerze, rzeczywiście zabawna. To dobrze, że można się poczuć bliższym tej sprawie, bo sporo polskich filmów traci autentyczność właśnie przez zbytnie rozdmuchanie. 

M: Czy film wzrusza? Nie. Czy jest krew? Trochę. Czy poszłabym jeszcze? Tak. Czy polubiłam Religę? Tak. A Tomasza Kota? Też. Czy coś mi się nie podobało? Nie. 




poniedziałek, 27 października 2014

"Ty i ja - Teatry to są dwa" (Zaginiona dziewczyna)

A: W „Zaginionej dziewczynie” fakt jest tylko jeden – w piątą rocznicę ślubu znika kobieta. Co dalej? Po pięciu latach idealnego małżeństwa Nick wraca z baru, który prowadzi ze swoją siostrą i nie zastaje w domu żony. Zamiast tego widzi ślady uprowadzenia. Rozpaczliwie szuka ukochanej. Prosta sprawa, prawda? Tymczasem zobaczmy ją z innej perspektywy. Małżeństwo z początku jest szczęśliwe, ale w pewnym momencie zaczyna się kryzys. Nick prześladuje żonę. Jest agresywny, zdradza ją, wykorzystuje i zależy mu tylko na pieniądzach. Ona boi się i czeka tylko na możliwość ucieczki od życia, które jest dla niej koszmarem.

M: To jak to w końcu było? Pięć lat idealnego małżeństwa, czy prześladowanie ze strony małżonka? 

A: Gdy śledztwo po zaginięciu Amy rozwija się, coraz więcej dowodów zaczyna wskazywać na to, że to mąż stoi za jej porwaniem i zamordowaniem… A jaka jest prawda o tych wydarzeniach? Reżyser bawi się z nami w kotka i myszkę. Cóż, David Fincher nie bez powodu nazywany jest mistrzem suspensu. Sprawia, że ciągle zmieniamy sympatię. Nie wiemy któremu z bohaterów można wierzyć. Wszystko jest pozorne 

M: „Nie wierz nigdy kobiecie…”, śpiewa Budka Suflera. Widziałam tylko trailer „Zaginionej dziewczyny”, ale bardziej zaufałabym Nickowi, mimo wszystko. Ma przekonujący ton. I męski urok. 

A: . Narrację poprowadzono z dwóch perspektyw, a wersje wydarzeń według Nicka i Amy skrajnie się różnią. Kogo z nich obdarzyć zaufaniem? Amy to cudowne dziecko. Jej rodzice, pisarze, wzorując się na niej stworzyli postać książkową, dzięki czemu zdobyli ogromną fortunę. Jest bogata, piękna i inteligentna. Aktorka Rosamund Pike, podobnie jak w roli Jane Bennet z Dumy i uprzedzenia, pokazuje dużą elegancję i dystyngowanie. Przy tym jednak potrafi wykreować swoją postać tak, by wzbudzała najróżniejsze emocje – kibicujemy jej, by za chwilę być zajadłym przeciwnikiem. Nienawidzimy, a parę scen później kochamy. Nick jest pisarzem i wykładowcą. Trochę sztywnym i lekko naiwnym. Poznajemy go szczególnie w relacji z bliźniaczką – są bardzo zżyci. Ben Affleck popisał się w swojej roli kamienną twarzą. Ciężko wyczytać co się za nią kryje… 

M: Opisałaś grę aktorską, łał. Rosamund Pike jest taka jakaś wdzięczna, miło się na nią patrzy. A Ben Affleck… chyba każda kobieta pamięta go z Pearl Harbor. Chociaż ja wolałam tego drugiego, który potem rzeczywiście zginął. 

A: „Zaginiona dziewczyna” łączy w sobie thriller, kryminał, dramat, a nawet satyrę na stabloidyzowane media. Dziennikarze ukazani są jako typowe hieny, czekające tylko na afery. Ciężko powiedzieć, czy bardziej śmieszą czy irytują. Na pewno jednak szum, jaki stwarzają, ich ciągłe bieganie za Nickiem, tłumy czekające przy jego domu potrafią działać na nerwy, nawet widzom. Ciekawie pokazano jak łatwo wypromować i zdyskredytować osobę w ciągu kilku dni. Widać też, jak błyskawicznie powstają fakty medialne i z jakim zainteresowaniem ludzie chłoną kłamstwa, jeśli tylko są podane w odpowiedni sposób. 

M: O, coś o nas, w sensie dziennikarkach. Czyli mamy lekcję, jak nie wykonywać naszego zawodu. Chociaż za takim Benem mogłabym biegać i biegać i biegać… 

A: Scenariusz powstał na podstawie książki Gillian Flynn. Co ciekawe, jej autorka jest także scenarzystką. Może to dlatego film jest dość długi, a akcja momentami się ciągnie, bo pisarce szkoda było wycinać sceny z własnej powieści? Do słabych stron zaliczam tytuł – zwykły, nijaki i po prostu nudny. Nie zachwyca również zakończenie. Dla czytelnika kryminałów, obeznanego ze światem spisków i gierek, finał nie będzie wielką niespodzianką. Większe zaskoczenie może wzbudzić to, jak akcja rozwija się. Doskonale spisali się za to twórcy muzyki – Atticus Ross i Trent Reznor. Niepokojące dźwięki tworzą harmonię z tajemniczymi obrazami. Ich ponurość jest wręcz idealnym tłem pod zimne kolory i miejską szarość. 

M: Tytuł, jak tytuł. Przynajmniej od razu wskazuje, o czym będzie film i jest adekwatny do fabuły. Chyba lepsze to niż jakiś wzięty z niewiadomo skąd. 

A: Relacja Amy i Nicka okazuje się co najmniej toksyczna. Obserwujemy znakomity rozkład psychologiczny małżeństwa. Wraz z kartami pamiętnika Amy przyglądamy się scenom odkrywającym wspaniałe początki związku. Widzimy ile było w nich nadziei i upartości, żeby stworzyć coś trwałego i stabilnego. Ciężko wskazać jeden moment, kiedy te ideały upadły. Nie wiemy też dokładnie z czyjej winy to się stało, bo żadne z nich nie jest wiarygodne, albo inaczej – wiarygodni są obydwoje. Bohaterowie są jakby więźniami samych siebie. Stwarzają sobie schematy i zamykają drzwi do normalności. Przesłanie filmu jest gorzkie – codzienność może łatwo zburzyć fasadę idealności. O relacje trzeba zatem dbać z dnia na dzień, żeby nie wpaść w pułapki, które czają się po drodze.





czwartek, 23 października 2014

Zapisy na śmierć

M: Tworki. Dzielnica Prószkowa. Prószków należy do aglomeracji warszawskiej. W skład aglomeracji warszawskiej wchodzi Warszawa oraz liczne miasta i wsie województwa mazowieckiego. 1943 i 1944 rok. Przenosimy się tam z Markiem Bieńczykiem, stworkiem z Milanówka. Mama mówi mi, co jest w Tworkach. Szpital psychiatryczny. Trafia w dziesiątkę. Otwierają się przede mną drzwi szpitala psychiatrycznego. Wchodzę. 

A: Od pierwszych zdań język jest hipnotyzujący – łączy wrażliwość Stachury i absurd Gombrowicza. Zaciekawiona, choć nie bez zdziwienia też daję się wprowadzić w ten świat. Siadam koło narratora i wsłuchuję w jego opowieść. Razem z nim staram się odnaleźć, to co utracone. 

M: Jurek ogórek kiełbasa i sznurek trafia w gazecie na ogłoszenie, w którym szpital poszukuje młodego mężczyzny do pracy w administracji, oferując „darmowy wikt i kwaterunek na miejscu”. Jurek jedzie tam i dostaję robotę. „Ponuro dosyć wokół, pod wiatą żebrak gra na skrzypcach smętną sonatę, wartownik strzeże bramy na groźnym spocznij, dobrze, że przynajmniej do kolejki blisko, do domu nie tak daleko, a topole wzdłuż muru rosną takie same jak pod oknem na Ulrychowie, choć nieco karniej ustawione”. Po tym szarym miejscu włóczą się piżamy w sandałkach i prążkowanych, dziurawych skarpetkach. Ale „wariaci” i wojna nie przeszkadzają Jurkowi i jego kumplom dobrze się bawić, kochać i przyjaźnić. Bo w szarym miejscu nie musi być szaro. 

A: Historia wydaje się dosyć pogmatwana, chociaż wcale taka nie jest. Łatwo zgubić w niej wątek, wymaga skupienia, żeby ciągle wiedzieć co się dzieje. Przy tym jednak czaruje. Chociaż nie, słowo „czaruje” średnio tu pasuje – ta opowieść raczej uwodzi, a nawet zwodzi. 

M: A jednak melancholia przewija się przez każdą stronę. Nad książką ciążą jakieś chmury. Czyta się ciężko, język jest niełatwy, tematyka trudna, ale i magiczny pył unosi się w powietrzu. Miłość gra pierwsze skrzypce. No i Jurek wpada w friendzone, mówiąc po współczesnemu. 

A: Co do języka to nie wiedziałam już w pewnym momencie, czy mnie bawi, irytuje czy rozczula. Tylko że nie zmienia to faktu, że to jedna z książek, po których skończeniu zastygłam i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Zostawia wrażenie, które ciężko nazwać. 

M: Jest Jurek i jest Sonia. Jest Sonia i jest Olek. Jest Jurek i jest Janka. Jest Antyplaton. Są wiersze, huśtawka, Wigilia, upominki, Mama Jurkowa. Jest Jurek i Danka. A potem ubywa. Jest Jurek, ale bez Sonii. Jest Olek, ale bez Sonii. W końcu nie ma też Olka. I nie ma Danki. Winni? SS. 

A: Czy więc głównym tematem książki jest zagłada? Nie nazwałabym tak tego. Według mnie tu chodzi bardziej o stratę. O coś indywidualnego, osobistego, a zagłada brzmi zbyt masowo. Wojna, powstanie – to niezwykle ważne tematy, ale tu są pokazane inaczej. Pod pretekstem właśnie tej pojedynczej krzywdy wybrzmiewają jeszcze mocniej. 

M: "O tych, co nigdy nie odnajdą straty", to inna jeszcze książka Bieńczyka. Listy, zostawiane przez tych, którzy odchodzą, są bardzo sugestywne. Nie byłabym sobą, gdybym nie zacytowała mojego ulubionego fragmentu z książki, pochodzącego z jednego z listów właśnie, mianowicie: „Teraz już wiem, że ta jedna noc musi nam starczyć na całe życie”. To tyle.